Reklama
menuvideotvomenuartykulymenugaleriamenulogo2menureklamaonasmenu 20lat
Strona główna Artykuły Aktualności Marynista z głębi lądu. Wywiad z Kazimierzem Banatem

Marynista z głębi lądu. Wywiad z Kazimierzem Banatem

kazimierz_banatKazimierz Banat ze Zduńskiej Woli obchodzi w tym roku dwa ważne w jego życiu prywatnym i artystycznym jubileusze. Mija 50 lat od Jego debiutu malarskiego i 45 lat związków ze Zduńską Wolą. Wcześniej myślał, że całe Jego życie skoncentruje się wokół Pabianic, gdzie się urodził... Życie jednak spłatało mu figla. Jak twierdzi, malarz-amator: "Siły wyższe chyba musiały mnie lubić, bo oglądając się wstecz, na to co mnie spotkało, co stało się napędęm mojego życia, wcale nie było takie złe.'' Zaśpiewałbym jak Edyta Geppert...

Z Kazimierzem Banatem rozmawia Ewa Dobrowolska, korespondent siewie.tv ze Zduńskiej Woli.

Ewa Dobrowolska: - Kilka miesięcy temu dał się Pan poznać w Zduńskiej Woli jako twórca nowej tradycji. Niemal jak na filmie Barei. Sztuka malarstwa zagościła między sklepowymi półkami. Akwarele i oleje zawisły w sklepie spożywczo-przemysłowym! Klienci "Bomazu" przy ulicy Jana Kazimierza w Zduńskiej Woli mogli przez kilka tygodni oglądać Pana obrazy poświęcone morzu. Czy nie czuł się Pan w pewien sposób "zapółkowany"? Jak cukier, czy przyprawy sąsiadujące z Pana obrazami?

Kazimierz Banat: - Ktoś by powiedział, że ja znany w kraju i poza granicami marynista promuję swoje prace w ,,spożywczaku''. Nie widziałem w tym nic złego, że kupujący masło, czy przyprawy, mogą także obcować ze sztuką. Sam nigdy nie nazywałem swych obrazów sztuką przez wielkie "S". Wolałem, kiedy koledzy z branży nazywali mnie amatorem z długim stażem (śmiech).

Ewa Dobrowolska: - Skąd pomysł,aby prezentować w sklepie obrazy?

Kazimierz Banat: - Natrafiłem na przychylność kierowniczki sklepu i personelu. Panie mnie znały, mieszkam niedaleko. Zaproponowały ekspozycję. Dałem się namówić, bo między Bogiem a prawdą, dawno nie prezentowałem publicznie swoich obrazów. Niestety, nie stać mnie na organizowanie większych wystaw. To wydatki ponad moje możliwości finansowe. Tutaj dano mi za darmo miejsce, a kupujący mogli sobie o moim dorobku poczytać z wyłożonych ulotek. Kto chciał zobaczyć wiecej moich prac, miał do mnie podany kontakt. Ludzie wchodzili także na moją stronę internetową.Wnuczka zafundowała mi promocję w sieci.

Ewa Dobrowolska: - Złośliwi mówią, że staje się Pan trochę zapomniany w Zduńskiej Woli. Od ostatniej wystawy minęły prawie cztery lata. A tu rok jubileuszy. Zamierza je Pan świętować wyłącznie w gronie rodziny?

Kazimierz Banat: - Kiedy zmarła żona długo nie mogłem się otrząsnąć. Pod koniec ubiegłego roku, po latach przerwy, znów stanąłem przy sztalugach. Przerwy są potrzebne, aby nie wpaść w manierę. Trzeba dać odpocząć wyobraźni, aby powstało coś nowego.

Ewa Dobrowolska: - Pana znajomi mówią, że jak Banat weźmie pędzel do ręki, maluje jak błyskawica. Potwierdza to Pana 50-letni, żeby nie rzec półwieczny dorobek. To 846 obrazów olejnych i akwarel oraz 250 grafik. To te, które są opisane i skatalogowane przez Stowarzyszenie Marynistów Polskich. Gdyby dodać pozostałe, które powstawały dla znajomych i przyjaciół, dałoby w sumie ponad 1.200 prac. Średnio, jedna statystyczna praca powstawała co 2 tygodnie... A w Pana dorobku są jeszcze rzeźby... i wiersze... Także poświęcone morzu. Jest Pan artystycznym pracoholikiem.

Kazimierz Banat: - Zakochałem się w morzu jako licealista.Ta miłość trwa już pół wieku.Dokładnie stuknęła naszemu związkowi pięćdziesiątka. To nie jedyny jubileusz w moim długoletnim malarstwie marynistycznym. W tym roku minęło także 40 lat, jak dostałem swoją pierwszą nagrodę. Za grafikę "Hydra" na wystawie wojewódzkiej. Ta nagroda otworzyła mi furtkę do udziału w kolejnych wystawach. Posypały się kolejne nagrody, wyróżnienia. W tym, ta dla mnie najważniejsza: przyjęcie do Stowarzyszenia Marynistów Polskich.

Ewa Dobrowolska:- Ten rok jest zatem dla Pana wyjątkowy. O czym może jeszcze marzyć w sumie spełniony malarz, asrtysta?

Kazimierz Banat: - Marzy mi się w wystawa łącząca te dwa ważne dla mnie jubileusze. Boję się jednak pukać po wsparcie do drzwi miejscowych urzędników i włodarzy. Poprzednik obecnego prezydenta sprezentował mi w ramach poparcia kwiatki. Mogę się tylko smutno uśmiechać na tamto wspomnienie. Kiedyś na wystawach mi kadzono. Można pluć na dawne czasy, na komunizm. Ale było wtedy miejsce dla Banata i jemu podobnych. Teraz to malarz musi zabiegać o miejsce prezentacji. A powinno być odwrotnie. Zwłaszcza, że można mówić o swego rodzaju marazmie kulturalnym w mieście. Wielu marynistów wie, gdzie leży Zduńska Wola i, że jest w ogóle takie miasto, dzięki temu, że poznali mnie. W tym środowisku mawia się nawet, że Banat i Zduńska Wola to jedno. Jednak nie w samej Zduńskiej Woli.

Ewa Dobrowolska: - Ta sklepowa wystawa przysporzyła Panu wielu miejscowych fanów. Ludzie zadzierali głowy i patrzyli na wzburzone morskie fale, które Pan uwiecznił. To był świetny pomysł. Czy powtórzy Pan taką promocję jeszcze kiedyś?

Kazimierz Banat: - Jak się zgodzą w sklepie, to chętnie. Brak przysłowiowej wolnej gotówki może być przeszkodą w przygotowaniu jubileuszowej wystawy w tym roku. W mieście, gdzie zorganizowałem dotąd 21 z 35 indywidualnych wystaw, jest tylko dwóch pasjonatów, którzy potrafili wydać ostatni grosz na takie prezentacje: ja i Stasiu Klinger. Żaden z prezydentów tego miasta nie dołożył mi ani grosza do wystaw. Były uściski dłoni, owszem, kwiatki. Nadeszły jednak takie czasy, że uściskami wystawy się nie zorganizuje. Liczę jednak, że znajdą się sponsorzy. Sam już nie mam z czego odłożyć. Podobnie jak przed laty stoję przed dylematem: kupić na wernisaż nowy garnitur, czy oprawić obrazy. Moi znajomi potrafią bez wahania odpowiedzieć na to pytanie. "- Kaziu?! Pójdzie w starym, a ramy kupi. Obrazy sam oprawi. Taki po prostu jest!" Tylko, sam się czasem zastanawiam, czy to słuszna decyzja. Ale po każdej wystawie upewniam się, że tak.

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież

Reklama

Najnowsze

Top 10 (ostatnie 30 dni)

Reklama

Zaloguj

Reklama

Ostatnie komentarze

Reklama

Z krainy dowcipu

dowcipyNauczycielkom i nauczycielom ku pokrzepieniu serc

Nauczycielka przedszkolna przechadzała się po sali uważnie przypatrując się rysującym dzieciom. Od czasu do czasu zaglądała, jak idzie praca.
Podeszła do dziewczynki, która w wielkim skupieniu coś tworzy. Przedszkolanka spytała ją, co rysuje.
- Rysuję Boga - odpowiedziała dziewczynka.
- Ale przecież nikt nie wie, jak Bóg wygląda - powiedziała zaskoczona przedszkolanka.
Dziewczynka mruknęła, nie przerywając rysowania:
- Za chwilę będą wiedzieli...

Reklama

 

partnerzybar2

tubadzin150wartmilk150

 
 
stat4u