Reklama
menuvideotvomenuartykulymenugaleriamenulogo2menureklamaonasmenu 20lat
Strona główna Artykuły Aktualności Ruszył proces zabójców zduńskowolskiego taksówkarza!

Ruszył proces zabójców zduńskowolskiego taksówkarza!

01Ryk klaksonów zduńskowolskich taksówek rozległ się w czwartek 13 bm. nad ranem w Sieradzu! Tak koledzy zamordowanego dwa lata temu Włodzimierza Jasnosa, taksówkarza ze Zduńskiej Woli przypomnieli o brutalnym mordzie, o który oskarżonych jest pięciu mężczyzn. Klaksony wyły od wjazdu na rogatki Sieradza aż do dojazdu do budynku sądu. Na podjeździe stanęło ponad 30 taksówek.... - Przyjechaliśmy, bo chcemy przypomnieć to brutalne morderstwo. Włodzimierz Jasnos był jednym z nas. Był taksówkrzem z jednym z najdłuższych staży w mieście. A zginął przez czyjąś głupotę. Bo inaczej nie mogę tego nazwać - mówił Adam Żok, jeden z przybyłych do Sieradza taksówkarzy. - Na mnie też napadnięto. Proces się toczy. Miałem jednak więcej szczęścia niż nasz kolega - dodał Żok. 
Przygodę z napastnikami miał także 4 lata temu Eugeniusz Knera: - Jeden z pasażerów usiadł z przodu. Drugi z tyłu. I on właśnie uderzył mnie kawałkiem betonu. Przestaraszyli się, kiedy udało mi się uruchomić klakson. Uciekli. Sąd starszego skazał na 4 lata więzienia. Młodszemu się upiekło, bo był nieletni, kiedy brał udział w napadzie na mnie.
W sądzie taksówkarze twierdzili, że ich praca wiąże się z ogromnym ryzykiem. Dlatego tak licznie przyjechali do Sieradza, aby uczulić innych na ich pracę. Uczulić także na chuligaństwo i rozboje.
- Mamy nadzieję, że tych sprawców spotka możliwie najsurowsza kara. Gdyby musieli przejść obok nas, nie wiem, czy dotarliby cało na salę rozpraw - mówili taksówkarze, w oczekiwaniu na pierwszą rozprawę. - Dożywocie to za mało za tak okrutną śmierć!!! Powinna być śmierć za śmierć!
Rozprawa rozpoczęła się z godzinnym poślizgiem. Aresztowanych do Sieradza dowoziły dwa konwoje: z Łodzi i Piotrkowa Trybunalskiego.


- Mogliśmy ich sami dowieźć - rzucił jeden z taksówkarzy. - Dojechaliby, ale w kawałkach - dodał drugi.
Słowa kolegów zamordowanego Włodzimierza Jasnosa nie cieszyły jednak przybyłych na proces żony taksówkarza Jadwigi i córki Anety Bąk. Bliskie zamordowanego są w procesie oskrażycielami posiłkowymi.
- To dla mnie ogromna trauma. To ogromna strata dla mnie, dzieci, całej rodziny. Ludzie umierają, ale, żeby w taki sposób - nie kryła łez wdowa, Jadwiga Jasnos.
- Mama po śmierci ojca wciąż nie może się otrząsnąć. Ci ludzie, skoro jest akt oskarżenia są pewnie winni śmierci ojca. Mam nadzieję na sprawiedliwy, ale surowy wyrok. Aby odstraszył innych od podobnych planów i zamiarów. Co nasza rodzina przeszła przez te kilkanaście miesięcy, jeden Pan Bóg wie. Byliśmy zastraszani. Mój syn chodzi z rodzeństwem jednego z oskarżonych do tej samej szkoły. Odgrażali się, że jak brat wyjdzie z pierdla, to dopiero zobaczymy - dodaje Aneta Bąk.
Ona i jej mama dzień 7 grudnia 2009 roku pamiętają niemal co do minuty. Włodzimierz Jasnos rano wyjechał na postój przy ul. Juliusza. Tak robił od lat. Od prawie 40 lat, bo na taryfie jeździł dokładnie od 1973 roku. Na godz. 13 zjechał jak zwykle do domu na obiad. Po dwóch godzinach wrócił do pracy. Do żony rzucił jak zwykle:"Wracam na taxi!" To były ostatnie słowa Włodzimierza Jasnosa. Pani Jadzia próbowała się dodzwonić do męża przed godz. 20. Ale jego komórka milczała... Córka zaalarmowana przez matkę pojechała na postój. Tam jednak ojca nie znalazła. Koledzy z korporacji opowiedzieli jej tylko o tym, jak ojciec odjechał z młodym człowiekiem. Żeby wyminąć pojazdy stojące przed nim musiał skręcić na chodnik. Nic więcej o Jasnosie nikt ze znajomych nie wiedział. Komórka wciąż milczała... Rankiem następnego dnia pani Aneta powiadomiła policję. Komunikat o zaginięciu Jasnosa pojawił się w internecie i w mediach. Kilka godzin później na działce letniskowej Zbigniewa Czarneckiego we wsi Rembieszów Wyspa Zofia Ratajczyk znalazła ciało starszego mężczyzny. Leżało na prawym boku. Pani Zofia, z zawodu pielęgniarka, wiedziała, że mężczyzna nie żyje. Powiadomiła policję. Przybyły na miejsce lekarz stwiedził zgon. Rodzina rozpoznała w zmarłym zaginionego Włodzimierza Jasnosa. Dzień później w korycie rzeki Warty mieszkaniec wsi Pstrokonie znalazł spalonego poloneza atu. Samochód należał do zmarłego taksówkarza.
- Samochód kupiliśmy za moją odprawę, za 40 lat pracy w szpitalu jako pielęgniarka. A do tego kilka dni wcześniej Włodek zamontował w nim nowe radio. Wszystko przepadło - wzdycha tylko wdowa.
Według biegłego sądowego z dziedziny pożarnictwa samochód podpalono używając benzyny lub innego łatwopalnego płynu.
Kiedy prokurator Izabela Dubiel odczytywała jawną część aktu oskarżenia, na twarzach pięciu oskarżonych nie widać było skruchy. Dawid Ż. z Rembieszowa, Adrian K. z Rembieszowa, Adrian K. z Woźnik, Radosław K. z Woźnik i Piotr W. z Woźnik zdawali się jakby nieobecni. Jeden z przysłuchujących się mowie prokuratora taksówkarzy skomentował zachowanie oskarżonych, którzy siedzieli na ławie odizolowani szybą od reszty obecnych na sali: - Jakby to nie o nich było. Tfu...
A było właśnie o nich i dwojgu młodych ludzi: Marcie W. ze Zduńskiej Woli i Mateuszowi R. z Woźnik, którzy mając wiedzę o popełnionym czynie karalnym, nie powiadomili od razu organów ścigania. Prokurator Dubiel przytoczyła tylko jawną część aktu oskarżenia.
Z poczynionych ustaleń wynika, że 7 grudnia 2009 roku Włodzimierz Jasnos podjechał na postój około godz. 18. I choć był ostatni w kolejce do wyjazdu, to właśnie do jego taksówki podszedł Dawid Ż. Pozostali kumple: Adrian K., Piotr W., bracia Adrian i Radosław K. dosiedli się na skrzyżowaniu ulic Juliusza i pl. Wolności. Panowie byli na lekkim rauszu.Wcześniej w parku wypili po kilka piw i wódkę. Za kierowcą usiadł Dawid. Zamówił kurs do Zapolic. W Zapolicach kazał taksówkarzowi skręcić do Pstrokoni. Stamtąd na Jeziorko i Korzeń, po czym wskazał skręt do lasu. Jasnos mimo wielu zmian nie dziwił się im. Jak ustalono w śledztwie, Dawid Ż. znał taksówkarza, a on jego. Ż. bowiem często zamawiał kursy u doświadczonego kierowcy. W pewnym momencie Dawid Ż. uderzył taksówkarza pięścią w głowę.
- Z zenań oskarżonych wynika, że Włodzimierz Jasnos był wystraszony. Wciąż pytał, czy daleko jeszcze będzie musiał jechać - przytaczała fakty prokurator Dubiel.
Ustalono, że Ż. wyciągnął kierowcę z poloneza i bił kamieniem po głowie. Pozostali także kopali leżącego na dróżce 69-latka. Jest pewne, że kiedy uciekali z działki należącej do Zbigniewa Czarneckiego zduńskowolanin jeszcze żył. Nie był przytomny, ale żył....Tymczasem napastnicy jakby nic poszli sobie do sklepu do Rembieszowa. Ich wizytę zarejestrowała kamera w punkcie handlowym.
- Oskarżeni współdziałali sukcesywanie. Zdawali sobie sprawę z tego, co się dzieje i z konsekwencji swojego postępowania. Mieli pełną świadomość, że swoją agresję kierują wobec osoby starszej. Mieli świadomość, że Włodzimierz Jasnos może umrzeć. Byli poczytalni. Do tego Dawid Ż. bił już ofiarę w czasie jazdy. Nie dano im wiary, że są niewinni. Że o sprawie taksówkarza dowiedzieli się ze stron informacyjnych policji i radia. Laptopy, które były w ich posiadaniu zostały zbadane przez biegłych. Nigdy z nich nie korzystano, aby na takie strony wchodzić. Wersji, że od godziny 15 siódmego grudnia do dnia nastęnego nie wychodzili z domu trzymali się bracia K. Że tak nie było poświadcza nagranie z monitoringu w Rembieszowie oraz opinie wariograficzne - dodała prokurator.
Podczas prowadzonego śledztwa wyszła na jaw sprawa poboczna. Bracia K. z Woźnik odpowiedzą także za posiadanie narkotyków, w ilości co najmniej 7 gramów marihuany. Do tego Adrian K. dawał narkotyki nieletniej wóczas Marcie W. Ten wątek aktu oskarżenia został objęty klauzulą poufne i został odczytany przy drzwiach zamkniętych.


Ewa Dobrowolska
korespondent siewie.tv ze Zduńskiej Woli

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież

Reklama

Najnowsze

Top 10 (ostatnie 30 dni)

Reklama

Zaloguj

Reklama

Ostatnie komentarze

Reklama

Z krainy dowcipu

dowcipyMokra myszka i twardy ptak

Idzie sobie mała, biedna myszka, idzie aż dochodzi do rzeki. Rzeka była duża rzeka z bardzo mocnym prądem, więc myszka się wystraszyła, że nie przepłynie. Obok na krzaku siedział ptak. poproszę ptaka, pomyślała myszka.
- Ja taka mała biedna myszka, a ty taki wielki i silny, proszę złap mnie i przenieś na druga stronę..
- Nie - odpowiedział ptak.
- No proszę...
- Nie!
- No, ale błagam...
- NIE!
Ptak odleciał... Myszka tak się zdenerwował, że zebrała się na odwagę i wskoczyła do wody. Z trudem, ostatkiem sił przepłynęła na drugi brzeg.
Wychodzi cala mokra, zupełnie przemoczona.
A jaki z tego morał? Kiedy "ptak" jest twardy to "myszka" musi być mokra...

Reklama

 

partnerzybar2

tubadzin150wartmilk150

 
 
stat4u