Reklama
menuvideotvomenuartykulymenugaleriamenulogo2menureklamaonasmenu 20lat
Strona główna Artykuły Felietony Przyznaję się po latach – byłem w ,,domu pielgrzyma''!

Przyznaję się po latach – byłem w ,,domu pielgrzyma''!

LEKKOSCBYTUZ wiekiem przychodzi autorefleksja i człowiek potrafi wielokrotnie przyznać się do błędów młodości lub nawet wieku dojrzałego. Naszło i mnie. Postanowiłem do czegoś takiego się przyznać. Niestety, byłem w ,,domu pielgrzyma''! I chociaż nie korzystałem z oferowanych tam uciech, czuję ogromną chęć poprawy...

Było późne wrześniowe popołudnie roku pańskiego 1995. Pracowałem sobie spokojnie w studio TV Sieradz SF przy Alei Pokoju 11. Pisałem, już nie pamiętam co. Wtedy w drzwiach stanął dawno nie widziany, serdeczny mój kolega rodem z Białegostoku, Marek K. Znaliśmy się od wczesnych lat 80. I bardzo się lubiliśmy. Może ze względu na wspólne zainteresowania pięknymi kobietami, dobrym alkoholem i rozrywką niekoniecznie na najwyższym poziomie? Marek miał w tym względzie bogate doświadczenia; w przeszłości był bowiem kierownikiem Zespołu Pieśni i Tańca ,,Sieradzanie'' i sieradzkiego oddziału łódzkiej ,,Estrady'', a przez kilka lat pracował jako kierownik od kultury w Zarządzie Wojewódzkim ZSMP w Sieradzu. Były to prace przyjemne, dające może wiele rodzajów satysfakcji, ale bez jednego – prawdziwych pieniędzy.
Wraz z upadkiem komuny Marek zajął się biznesem. Okazało się, że z powodzeniem, o czym zaczął mi opowiadać niemal tuż po wejściu do studia. Zresztą nie musiał; było widać i czuć, że to człowiek sukcesu! I choć zbliżała się pora kolacji, Marek powiedział: - Zapraszam cię do ,Marusi'' na obiad! Choć wiedziałem, czym to się skończy, przyjąłem zaproszenie z radością. Obiad, jak na kultową nawet wtedy sieradzką restaurację, był królewski. Do tego butelka dobrze zmrożonej wódeczki. Znakomita atmosfera, pogaduchy serdeczne, przyjacielskie, bo przecież nie widzieliśmy się kilka lat... Ale przy trzeciej butelce zaczęły się problemy; zbliżała się godzina dwudziesta druga i panie z obsługi chciały iść do domu. A tu tacy goście... Nie muszę dodawać, że w ,,Marusi'' byłem postacią bardzo znaną, nie tylko dlatego, że w latach 80. przez jakiś czas była to ,,stołówka'' sieradzkich dziennikarzy. Kiedy przyszła szefowa lokalu, miała problem. Marek rozwiązał go szarmancko. Zaprosił panią T., aby z nami usiadła i wypiła jednego... Toasty połączone z peanami na cześć ,,Marusi'' i jej załogi trwały z pół godziny. Jednak w końcu wyszliśmy. Ale zanim to się stało, Marek poszedł ,,skorzystać z telefonu'' (młodszym czytelnikom wyjaśnię, że nie było wtedy komórek). Efekt był taki, że po wyjściu czekała na nas taksówka (luksusowe Audi), której właścicielem był niejaki ,,Opal'', kiedyś kierowca w ZW ZSMP.
Pomyślałem sobie, że jedziemy gdzieś na drugi koniec Sieradza, ale pojechaliśmy... kilkaset metrów, do lokalu ,,Odyseja'' (działa do tej pory, polecam, przy ul. Jana Pawła II, dawniej Armii Czerwonej). Tam nie zabawiliśmy długo, ponieważ doszło do niepotrzebnej dyskusji z barmanem na temat ilości wypitych przez nas ,,pięćdziesiątek'', które tenże liczył – według naszego mniemania – podwójnie. Z komentarzem: nie jesteśmy tutaj mile widziani... opuściliśmy lokal. No cóż, Marek rzeczywiście wyglądał na zamożnego człowieka... Ja w szczerym zamiarze pójścia do domu, który był niemal na wyciągnięcie ręki. Ale nie Marek, który zagadnął: - Ja cię odwiozę!
Pojechaliśmy. Szybko okazało się, że bynajmniej nie jedziemy w kierunku mojego bloku. Na moje marudzenia, że chcę do domu, Marek odpowiedział krótko, że jeszcze odwiedzimy jedno, jedyne miejsce. Tak też się stało. Po chwili zatrzymaliśmy się przed… agencją towarzyską przy ul. POW. Nie chciałem, opierałem się, ale w końcu wszedłem gnany bardziej dziennikarską ciekawością, niż chęcią uciech, na które zresztą nie miałem sił.
Mimo późnej godziny nocnej, zostaliśmy przyjęci chętnie. Pewnie dlatego, że byliśmy jedynymi klientami. Natychmiast znalazły się przy nas dwie średnio urocze panie mówiące polszczyzną z bardzo wschodnim akcentem, co świadczyło, że te pracownice sektora uciech cielesnych pochodzą z importu, z kraju jednego z naszych wschodnich sąsiadów. Zamówiły dla nas i dla siebie drinki, no i przeszły niezbyt ochoczo do rzeczy. Usiłująca obsłużyć mnie dama szybko stwierdziła, że ,,ten pan to się do niczego dzisiaj nie nadaje’’. Zwłaszcza, że już po kilku minutach pobytu w przybytku Wenery domagałem się niezwłocznego pójścia do domu. Natomiast chwilowa partnerka Marka niemal od razu narobiła krzyku, że kogoś takiego nie będzie obsługiwać! Przywołana na pomoc druga córa Koryntu uczyniła to samo. I oddaliła się od Marka z obrzydzeniem. Powodem były dłonie Marka, który cierpiał na tak zwane bielactwo. W jarzeniowym świetle w różnych kolorach jego ręce wyglądały przerażająco!
Przekonawszy się o niemożności skorzystania z usług placówki rozkoszy, postanowiliśmy ją opuścić. - Stop, a za drinki kto zapłaci? - warknął na nas alfons w randze kierownika lokalu, który, jak się później dowiedzieliśmy prowadzili ,,chłopcy z miasta Łodzi’’! Marek wyjął plik banknotów, odliczył dwie stówy i wraz ze mną uradowanym udał się w kierunku drzwi. - Stop – warknął alfons – należy się tysiąc dwieście! Na to Marek (tu cytat): - Ochu…, tyle kasy za kilka drinków? - Płać, albo… - odwarknął zdenerwowany już nie na żarty alfons. Marek opierał się, więc nasz przypadkowy cerber oddalił się do sąsiedniego pomieszczenia. Słyszeliśmy, że rozmawiał z kimś przez telefon. Wrócił zadowolony i tajemniczo uśmiechnięty.
Po kilku minutach do agencji wtargnęło dwóch karczochów, każdy po 110 kilogramów wagi i przynajmniej 185 centymetrów wzrostu. Domyślałem się, że pod kurtkami mieli składane bejsbole… Alfons pokazał nas palcem i coś tam do nich szeptał. Karczochy popatrzyły na nas i po chwili jeden z nich rzucił się na mojego towarzysza. Radośnie ,,zrobił z nim misia’’ porykując: - Marek, kur.., co ty tu robisz, lata cię nie widziałem? Potem była krótka serdeczna rozmowa karczochów z Markiem i smutna mina alfonsa, do którego przedstawiciele właścicieli przybytku zwrócili się mniej więcej takimi słowami: - To nasz kumpel, głupi kutasie, na drugi raz takimi pierdołami nam dupy nie zawracaj, bo sam wpier… dostaniesz!
Załamany alfons miał minę wściekłego psa. Znowu poszedł do pomieszczenia obok i znowu dzwonił. Po kilkunastu minutach do agencji weszło dwóch policjantów z paskami czapek pod brodą. Znaczyło to, że interwencja ma najwyższy stopień służbowego działania. Sierżant, najwyraźniej dowódca tego patrolu, zagadnął: - Co to, obywatele nie chcą płacić za konsumpcję? - Chcemy, chcemy, tylko bez dopisywania górki do rachunku – wyjaśniał Marek. W tym czasie sierżant zauważył mnie siedzącego cichutko w kąciku. - Ooo, pan redaktor! Co pan tutaj robi? - Uwięziony jestem, proszę mnie uwolnić – zajęczałem radośnie. - Już to robimy – odpowiedział policjant zapraszając nas do radiowozu i proponując odwiezienie do domu. Nie skorzystaliśmy, bo przecież po takiej nocy lepiej wrócić do domu bryką ,,Audi’’, niż suką ,,Nysa’’, na której jeszcze niedawno widniał napis MILICJA.

Połajania i uwagi przyjmuję: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.

LEK.

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież

Reklama

Najnowsze

Top 10 (ostatnie 30 dni)

Reklama

Zaloguj

Reklama

Ostatnie komentarze

Reklama

Z krainy dowcipu

dowcipy,,Wisienki sobie jem...''

Koń w pełnym galopie ucieka przed stadem wygłodniałych wilków! Co chwilę obraca się za siebie i widzi że wilki są coraz bliżej.
W pewnym momencie zdaje sobie sprawę, że nie zdoła im uciec i że jedynym ratunkiem będzie ucieczka na drzewo.
W ostatniej chwili udaje mu się tam wdrapać. Zdyszany siedzi na gałęzi, a tu - ku jego zdziwieniu - obok siedzi krowa.
Zaskoczony pyta:
-Co ty tutaj robisz?
-Wisienki sobie jem!
-Jak to? Przecież to jest grusza?
- A w słoiczku sobie przyniosłam...

Reklama

 

partnerzybar2

tubadzin150wartmilk150

 
 
stat4u