Reklama
menuvideotvomenuartykulymenugaleriamenulogo2menureklamaonasmenu 20lat
Strona główna Artykuły Felietony FELIETON PROWINCJONALNY O psie, który jeździł koleją…

FELIETON PROWINCJONALNY O psie, który jeździł koleją…

FELIETONWszyscy, którzy ukończyli szkołę podstawową zapewne pamiętają opowiadanie Romana Pisarskiego „O psie, który jeździł koleją”. Pies miał na imię Lampo i de facto mieszkał na stacji kolejowej we włoskiej miejscowości Marttima. Ponieważ był bardziej rozgarnięty niż niektórzy nasi posłowie, ministrowie, burmistrzowie, prezydenci i wójtowie (podkreślam słowo „niektórzy”) chciał i umiał podróżować włoskimi kolejami.

 

Był rok 1967, czyli bez mała 50 lat temu. Pociągi wówczas jeździły punktualne, ponieważ ani maszyniści, ani konduktorzy nie mieli zegarków w przeciwieństwie do byłego już dzisiaj ministra transportu, posiadacza chronometru za 10.000 złotych, który to czasomierz dostał... od żony i dzieci. Dam konia z rzędem temu facetowi w Sieradzu, który od żony dostał na urodziny tak kosztowny prezent. Powiem więcej, zamienię się z obdarowanym na zegarki, by szpanować choć przez tydzień w dobrym towarzystwie. Wszak złoty Schaffhausen to nie mój blaszany Wostok pamiętający czasy Nikity Chruszczowa. Ale po kolei wracam do kolei czyli do Inter City, a dawnych, normalnych PKP. Otóż w dniu 9 listopada tego roku stałem się szczęśliwym posiadaczem biletu kolejowego na trasie Sieradz – Warszawa. Odległość: 197 kilometrów. Czas przejazdu: bez mała trzy i pół godziny. Daje to średnią około 56 km/godz. Jak na XXI wiek jest to prędkość zgoła oszałamiająca. Ale to prędkość tylko teoretyczna, bowiem w Warszawie pociąg pospieszny TLK (Twoje Linie Kolejowe) miał już 40 minut opóźnienia. Całe szczęście, że nie leciałem wtedy do Peru po urokliwą czapkę uszatkę, bo żaden samolot by na mnie nie zaczekał.

I tu wrócę na chwilę do roku 1967. Wówczas podróżowałem z babcią do Warszawy schnellzugiem, ciągniętym przez wielką, dyszącą lokomotywę, prowadzoną przez umorusanego maszynistę. Pociąg przyjeżdżał zawsze punktualnie i takoż osiągał cel podróży. Z tym, że od dzisiejszych jednym nie różnił się specjalnie, bo w toaletach śmierdziało tak jak i dzisiaj. Za to do Warszawy jechało się wtedy niecałe trzy godziny. I pomyśleć, że było za obrzydliwej komuny... Dzisiaj prasa zachwyca się pendolino (i tu włoskie koło psich podróży się zamyka), który ma pędzić po torach ponad 200 kilometrów na godzinę. Mamy już dwa takie pociągi ale nie sądzę, by ich średnia prędkość podróżna przekraczała 100 km/godz. Bo to albo tory nie takie, albo prądu za mało. Wydaliśmy i wydamy jeszcze miliony euro na coś, z czego nie będziemy mogli korzystać. Czy wyobrażasz sobie Szanowny Czytelniku podróż w godzinę do stolicy, a w niecałe pół godziny do Łodzi? Bo ja nie, ale być może jest to tylko kwestia mojej niewielkiej wyobraźni. Nie jest natomiast wytworem wyobraźni fakt, że japońscy konduktorzy pracują w białych, czystych rękawiczkach (sic!). Widziałem to w moim telewizorze. I na koniec odrobina optymizmu. W drodze powrotnej z Warszawy do Sieradza pociąg przyjechał punktualnie co do minuty. Nie omieszkałem komplementować konduktora mówiąc, że dzisiaj mogę regulować swój radziecki zegarek według Polskich Kolei Państwowych.

- Bo dzisiaj ten pociąg prowadzi brygada ZMS-u. Wie pan. Dobra, stara szkoła. Odpowiedział z zadowoleniem starszy, wąsaty pan z elektronicznym dziurkaczem w dłoni. Dziurkacz elektroniczny, ale z punktualnością kolei jak zawsze - bez zmian.

(zyg)

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież

Reklama

Najnowsze

Top 10 (ostatnie 30 dni)

Reklama

Zaloguj

Reklama

Ostatnie komentarze

Reklama

Z krainy dowcipu

dowcipyWspomnienie starego hipisa...

Siedząc do późna w pracy Janek zaczął wspominać stare hipisowskie czasy, kiedy to niemal codziennie były nowe panienki, narkotyki... Po dwudziestu latach nie palenia marihuany postanowił więc zapalić, przypomnieć sobie dobre czasy. Odwiedził dzielnicę, na której mieszkał za młodu, i sprawdził czy diler Heniek jeszcze żyje i sprzedaje. Okazało się, że Heniek nadal prosperuje.
- Witaj Heniu, nic się nie zmieniłeś...
- Janek, kopę lat...
- Potrzebuję jakieś fajne jointy, bo ze dwadzieścia lat nie paliłem, a chciałbym przypomnieć sobie jak to było...
- Słuchaj Jasiu, sprzedam Ci, ale pod jednym warunkiem. Musisz ten towar palić samemu i najlepiej w zamkniętym pomieszczeniu.
- Dobra stary, niech tak będzie - odparł Stefan i pożegnawszy się pomknął do domu.
Wpada do chałupy, cisza jak makiem zasiał, żona chrapie jak niedźwiedź, dzieciaki tak samo, więc postanowił zamknąć się w łazience. Usiadł na sedesie wypakował towar, nabił lufkę, zaciąga się... Otwiera oczy, patrzy ciemno. Wypuszcza dym - jasno.
- Kurde, ale sprzęcicho się pozmieniało... - pomyślał zdumiony.
I pociągnął drugiego macha. Otwiera oczy, ciemno..., wypuszcza - jasno....
Zdrowo podjarany myśli sobie, że jeszcze raz nic nie zaszkodzi. Zaciąga się - ciemno, wypuszcza dym - jasno.
W tym momencie słyszy walenie do drzwi łazienki....
- Janek. co ty tam robisz? - krzyczy żona.
Janek wszystko wrzucił do sedesu, spuścił wodę i poddenerwowany odpowiada:
- Golę się kochanie!
- Janek, trzy dni...?

Reklama

 

partnerzybar2

tubadzin150wartmilk150

 
 
stat4u