Reklama
menuvideotvomenuartykulymenugaleriamenulogo2menureklamaonasmenu 20lat
Strona główna Artykuły Felietony Malowany Ptak z Klonowej nie radzi sobie z życiem

Malowany Ptak z Klonowej nie radzi sobie z życiem

LEKKOSCBYTUJanusz Pijanka, 55-letni sprawca (31 stycznia) ataku na Leszka Millera zatrzymany w Sieradzu przez policję! Działo się to dzień później, w sobotę około południa. Skądinąd wiadomo mi, że Janusz chciał się zgłosić sam na policję, ale funkcjonariusze wyprzedzili go i... mają sukces.

 

Dzień wcześniej wieczorem ten niezrównoważony człowiek oblał zepsutym mlekiem byłego premiera, posła i przewodniczącego SLD. Mało tego, zelżył polityka zarzucając mu, że właśnie on jest winien temu, że jest biedny i nie ma pracy. Tak naprawdę winę za to ponosi wielu polityków, a najbardziej on sam – Janusz Pijanka, barwny, coraz bardziej smutny ptak z Klonowej.

Janusza poznałem bez mała 20 lata temu. Byłem wtedy kierownikiem sieradzkiego oddziału i dziennikarzem ,,Wiadomości Dnia'', łódzkiego dziennika, który kilka lat później kupili Niemcy i połączyli z ,,Dziennikiem Łódzkim''. Było lato 1994 roku, kiedy zadzwonił do mnie mój kolega, nieżyjący już dziś Mariusz Jakubek, dziennikarz ,,WD'' z oddziału w Piotrkowie Trybunalskim. - Mam tu ciekawego człowieka – powiedział Mariusz. - Nazywa się Janusz Pijanka, mieszka w Zelowie, ale zameldowany jest w Klonowej, więc to twój teren działania, więc go sobie bierz. - Ale dlaczego ciekawy? – zapytałem. - To jakiś świr – odpowiedział Mariusz. - Przedwczoraj wyszedł z więzienia, a wczoraj pisała o nim ,,Gazeta Wyborcza'', bo niemal zaraz po wyjściu z pierdla przykuł się do ogrodzenia ministerstwa sprawiedliwości. - No to dawaj go do mnie – odpowiedziałem Mariuszowi, który zdążył mi jeszcze powiedzieć, że niedawno Janusz Pijanka miał w Zelowie normalną rodzinę; piękną żonę i synka, ale już nie ma, bo los sprawił, a on losowi pomógł w tym, że znalazł się w więzieniu.

Działalność gospodarczą Janusz rozpoczął w Zelowie. Handlował pomidorami, ale szybko przerzucił się na samochody. Sprowadzał je z Francji, w Paryżu założył firmę. I może byłby dziś szanowanym biznesmenem, gdyby nie wrodzona naiwność. Sprzedał dwa używane samochody dziwnym ludziom z Bełchatowa. Ci auta wzięli, spieniężyli, ale zwlekali z zapłatą. Janusz naciskał, naciskał, aż wreszcie obiecali uregulować należność. - Pieniędzy nie mamy, ale w zamian weź sobie Janusz to BMW, jest więcej warte, niż te dwa szroty, które nam ożeniłeś. Janusz wziął auto zadowolony, papierom nie przyjrzał się zbyt dokładnie. Jechał z powrotem szczęśliwy. Ale jakieś cztery kilometry za Bełchatowem czekała na niego policja z informacją, że kradzionym BMW jedzie złodziej samochodów... ,,Szczęściarz'' trafił do aresztu.

Drugi raz dał się wkręcić za sprawą Forda Transita z mienia przesiedleńczego. Auto miało mieć pewne papiery. Ale nie do końca miało... Janusz znowu trafił do aresztu. Ciekawe, że Wojciech P., były naczelnik Zakładu Karnego w Sieradzu, gdzie Janusz przebywał jakiś czas, ciepło mówił o swoim byłym pensjonariuszu. Podkreślał jego artystyczne zacięcie, pisanie setek, a może i tysięcy wierszy (głównie dedykowanych żonie), malowanie i rysowanie oraz ogromne przywiązanie do higieny osobistej. Tylko o samych pobytach Janusza w więzieniach można by napisać spory tom ciekawych historii. Ot, choćby o tym, jak w ZK w Goleniowie zaprotestował przeciwko brutalności i chamstwu strażników. Dlatego podczas spaceru wszedł na słup, nie chciał zejść, był ściągany siłą, a potem uznany za... szczególnie niebezpiecznego!

I chyba od pobytów w zakładach karnych zaczęło się upodobanie Janusza do wszelkiej maści protestów. Kiedy wychodził, protestował na wolności. Zwykle przeciw wszystkim i chyba dlatego, że jest mu źle i ciągle prześladuje go państwo. Nie tylko polskie zresztą, francuskie też, bowiem Janusz sporą część życia spędził nad Sekwaną, najpierw prowadząc biznes, a później wiodąc życie kloszarda. Takie, raz pod mostem, raz w noclegowni, a najczęściej na ulicy, gdzie sprzedawał ciekawe pocztówki, efekt własnej twórczości.

Kiedy państwo francuskie zaczęło się wnikliwie przyglądać Januszowi, wyjeżdżał na Ukrainę. Zwykle towarzyszyła mu kamera. Miał pewien talent do rejestrowania rzeczywistości. Tak narodził się ,,Nasz człowiek ze świata'', czyli korespondent siewie.tv w Paryżu i na Ukrainie. Zdążyliśmy zrobić cztery programy z tego cyklu. Cieszyły się sporą oglądalnością nie tylko w Polsce. Współpracę przerwaliśmy, kiedy Janusz oflagował się na dachu byłego Urzędu Gminy w Klonowej, bo dla niego ten mocno sfatygowany budynek był zabytkiem.

Ponieważ niemal od początku nie popierałem protestacyjnej działalności Janusza, zdecydowałem, że w tej sytuacji nie możemy dalej współpracować. Nigdy jednak przez myśl mi nie przeszło, że ten pacyfista, indianista (Szahiena i Czerwony Jeleń), nieszkodliwy dziwak i podróżnik ,,za jeden uśmiech'' zdolny jest do mlecznego zamachu na Leszka Millera, a w trzy dni później – do ataku na lokalną rozgłośnię radiową! Współczuję mu nie tylko dlatego, że niedawno zmarła mu Mama, kobieta wielkiej zacności,. Współczuję mu dlatego, że świat nadal bywa mu wrogi, że nie mógł, nie może i chyba już nigdy się do niego nie przystosuje. A to boli... Jak się okazuje, nie tylko Malowanego ptaka z Klonowej, który coraz bardziej nie radzi sobie z życiem.

LEK.

Ps. Przy okazji prostuję. To nie ja jestem tym dziennikarzem, do którego jakiś czas temu Janusz zwrócił się tajemniczo: - Przyjdź jutro pod urząd miasta, będę się podpalał!

Połajania i uwagi przyjmuję: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież

Reklama

Najnowsze

Top 10 (ostatnie 30 dni)

Reklama

Zaloguj

Reklama

Ostatnie komentarze

Reklama

Z krainy dowcipu

dowcipyNie jest dobrze...

Nauczyciel tuż przed oddaniem uczniom prac ze sprawdzianem z matematyki mówi do uczniów:
- Opowiem wam teraz anegdotę, którą przywołuję często w takiej sytuacji. Otóż w czasach PRL-u była stosowana, jak może wiecie, dość ścisła cenzura. Zdarzyło się, że pewnej wsi chciał dać koncert zespół o zaskakującej nazwie "Przejebane".
Niestety, źle by to wyglądało na plakatach, więc w obawie przed cenzurą sprytny sołtys tejże wsi postanowił zmienić nazwę zespołu na "Nie Jest Dobrze". Historia skończyła się happy endem. Zespół się zgodził, koncert był udany. A teraz przechodzimy do głównego powodu, dla którego to słyszycie. Moi drodzy, sprawdziłem wasze prace. Nie jest dobrze...

Reklama

 

partnerzybar2

tubadzin150wartmilk150

 
 
stat4u