Reklama
menuvideotvomenuartykulymenugaleriamenulogo2menureklamaonasmenu 20lat
Strona główna Artykuły Felietony Wielkanoc z kalichlorkiem i karbidem

Wielkanoc z kalichlorkiem i karbidem

sieradzkie_peerelki2Wielkanoc wczesnego dzieciństwa kojarzy mi się zawsze z kapliczką, zwaną potocznie Krzyżem, w rodzinnym Świerczowie pod Widawą gdzie się urodziłem. Pod tą kapliczką proboszcz traktował święconki kropidłem. Tłum, jaki tam się gromadził w Wielką Sobotę, co i raz wstrząsany był głośnymi wystrzałami. To chłopcy, a nawet mężczyźni strzelali na wiwat za sprawą kalichlorku i karbidu.

 

Teraz wiem, czym jest mityczny kalichlorek. To zwyczajny chloran potasu, czyli sól potasowa kwasu chlorowego, stosowana między innymi do produkcji zapałek i materiałów wybuchowych. Takowe próbowałem wytwarzać znacznie później, jako nastolatek. Wcześniej fascynował mnie właśnie kalichlorek, a przede wszystkim karbid, gdyż był bardziej dostępny. Zwłaszcza jeden z kolegów, który miał prosty patent na strzelanie z karbidu. Zamiast pluć do puszki, w której był karbid zamknięty szczelnie denkiem, bo ileż można mieć śliny, ten pomysłowy Dobromir... sikał do puszki, podgrzewał, no i strzelał tak, że był obiektem zazdrości kolegów i utrapieniem mieszkańców Dzierząznej pod Wartą, bo właśnie tam rozpocząłem strzelanie w święta wielkanocne.

Tak na prawdę, to zawsze zazdrościłem tym, którzy umieli strzelać z kalichlorku. Prościzną było sypanie tego proszku na kamień i walenie w to miejsce drugim kamieniem. Huk był, ale nie taki, jak strzelanie za pomocą tak zwanego klucza. No i można było zwyczajnie oberwać kamieniem, którym się wzbudzało wybuch, bowiem jego odrzut był czasem zabójczy. Obiektem mojej zazdrości byli zatem starsi chłopcy, którzy posiadali wspomniany klucz. Co to było? Urządzenie dość skomplikowane. Na metrowej lub dłuższej, solidnej rękojeści, wykonanej najczęściej z grubego drutu, umocowane były równie solidnie dwa kawałki metalu. Jeden był tulejką, do której wsypywało się kalichlorek, a drugi element jakby iglicą, która w celu wywołania wybuchu, uderzała w proszek nasypany do tulei. Oczywiście dorośli przestrzegali nas przed strzelaniem z klucza. Było ono niebezpieczne, bo siła wybuchu i jego głośność były bardzo duże. Opowiadali przy tym o wypadkach, o których słyszeli. A to, że komuś urwało palce, a to całą dłoń, a to że wybiło oko lub poważnie raniło w głowę. Było to próżne gadanie. Nikt z moich starszych kolegów z wypadkami przy strzelaniu się nie zetknął, więc ryzykowali dalej.

Kiedy już byłem nastolatkiem, kombinowałem sam z różnymi wynalazkami ,,poszukującego małego chemika''. Z prochem, na szczęście się nie udawało, ale miałem bardzo dobre wyniki z tak zwanymi kopciuchami. Tutaj rozwinąłem się ,,na bazie'' saletry amonowej, z której – teraz to wiem – można wyprodukować domowym sposobem prawdziwą bombę. Drugim sposobem było owijanie połamanego na drobne części plastiku z piłeczek pingpongowych w papier, podpalenie takiego pakunku, a potem przygaszenie tak, aby wydobywał się gęsty dym. To jednak był pikuś przy klasycznym kopciuchu z saletry amonowej zmieszanej z cukrem. Taką miksturę też owijało się w papier lub podawało w dość szczelnym pudełku, aby proces spalania nie zachodził zbyt szybko, no i mogło się podczas tej reakcji wydobyć jak najwięcej dymu.

Najsłynniejszego kopciucha, wykonanego właśnie w ten sposób, wypróbowałem u sąsiadów we wsi Włyń, gdzie wówczas mieszkałem z rodzicami, w Wielkanoc bodaj 1968 roku. Konkretnie było to na Bugaju. Kiedy zapadał wieczór, podłożyłem szczególnie starannie wykonanego kopciucha na progu domu sąsiadów. Podpaliłem i czekałem! Szpara pod drzwiami pozwalała wdzierać się dymowi do sieni i dalej. A ja z ukrycia obserwowałem rozwój wypadków. Po kilku minutach usłyszałem krzyk. Z otwartych drzwi walił potworny dym, jak podczas prawdziwego pożaru. Kiedy zobaczyłem, że sąsiedzi zaczęli wynosić pierzyny i meble, błyskawicznie oddaliłem się z miejsca akcji. Nigdy nie przyznałem się do tego niecnego żartu. A sąsiedzi żyli w nieświadomości. Sądzili, że co prawda był u nich pożar, ale świąteczna łaska boska sprawiła, że nic się nie stało...

Takie oto były wielkanocne zabawy prostego ludu, w których radośnie uczestniczyłem. Radośnie i szczęśliwie na tyle, że teraz mogę to spokojnie wspominać.

LEK.

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież

Reklama

Najnowsze

Top 10 (ostatnie 30 dni)

Reklama

Zaloguj

Reklama

Ostatnie komentarze

Reklama

Z krainy dowcipu

dowcipyDupa nie czarodziej

Do baru wchodzi mężczyzna i zamawia setkę czystej. Z kieszeni wyciąga naparstek, odlewa do niego trochę wódeczki, a z drugiej kieszeni wyjmuje małego, kilkucentymetrowego ludzika. Stawia go na barze i podaje naparstek. Barman patrzy na to zdziwiony:
- Panie, skąd pan takiego krasnala wytrzasną?
- Wie pan, byliśmy razem z kolegą Staszkiem w Afryce. Idziemy tam przez dżungle, idziemy i nagle widzimy jak tubylcy tańczą dookoła ogniska. A w środku koła taki wymalowany na kolorowo wywija grzechotnikami. I jak ty mu wtedy, Stachu powiedziałeś? Że on jest dupa a nie czarodziej?!

Reklama

 

partnerzybar2

tubadzin150wartmilk150

 
 
stat4u