Reklama
menuvideotvomenuartykulymenugaleriamenulogo2menureklamaonasmenu 20lat
Strona główna Artykuły Felietony WIGILIA 1961

WIGILIA 1961

sieradzkie_peerelki2Są chwile, które pamięta się całe życie! Od tamtej Wigilii Bożego Narodzenia minęło już 56 lat, a ja ją nadal pamiętam. To tylko ułamki tego, co wtedy działo się w domu mojego dziadka i babci, ale zapamiętałem je na tyle, że mogę czasem żyć w klimacie czasu, który dawno odszedł w niepamięć. Może dlatego, że tamtego wieczora dostałem wspaniałe prezenty? Łyżwy i czerwony samochód strażacki!

Święta mają dla mnie zapach wiejskich wędlin i świeczek, które paliły się na choince. Rzeczywiście paliły się, bo kilka razy w czasie tych lat spędzonych w domu rodziców mojej matki w Świerczowie pod Widawą, choinka płonęła, raz spaliła się niemal całkowicie. Była to smutna końcówka świąt, których atmosfera trwała w domu aż do Trzech Króli. Przyjemnie dotykała nas także przed świętami, nawet podczas świniobicia. Powstawały wtedy takie cuda wędliniarskie, że potem takich już nigdy nie jadłem. Ich zapach rozpościerał się po całym domu. Wręcz nie do zniesienia był tuż przed Wigilią, kiedy to dreptałem po domu jak zgłodniały piesek. Pod nieobecność dziadka, który akurat poszedł do obory ,,zadać żywiole paszę'', babcia ukradkiem wyciągała zza pazuchy gruby kawałek szynki ze słowami: - Zjedz se wnuczuś, ale nic ni mów dziadkowi, bo dzisiaj Wigilia, post i mięsa jeść nie wolno! Zjadałem ze smakiem, ale po chwili znów byłem głodny. Marudziłem. Na te marudzenia, kiedy babcia nie widziała, dziadek wyciągał spod kapoty spory kawałek kiełbasy lub kaszanki i mówił: Zjedz se wnuczek, ale po cichu, bo jak się babcia dowie, to nas przeklnie... Wtedy, najedzony przystępowałem do dalszych psot i zabaw, bo z tego składało się przede wszystkim moje dzieciństwo (niektóre panie mawiają, że już mi tak zostało...). Jedną z nich było... wyjadanie cukierków wiszących na choince. I choć było ich sporo, ja sam potrafiłem dość szybko ,,ogolić'' niemal całą choinkę ze słodyczy, a z latami przybywało przecież wnucząt w domu dziadków. Wyjadałem te cukierki bardzo sprytnie, bowiem potrafiłem tak ułożyć pusty papierek i powiesić go na powrót na choince, że był w zasadzie nie do odróżnienia w porównaniu z ,,pełnymi'' cukierkami...

Kiedy tylko robiło się szaro, wychodziłem z dziadkiem przed dom, żeby wypatrywać pierwszej gwiazdy. A ta długo nie chciała się pokazać. Wreszcie jednak się pokazała i można było wieczerzać. Cudowna to była chwila; opłatek, życzenia, modlitwa... Ale ja, jak każde dziecko, czekałem na Świętego Mikołaja. Zazwyczaj ów osobnik przypominał któregoś z wujków, braci mojej mamy, ale co tam, najważniejsze, że przynosił prezenty. A wtedy wspaniały samochód strażacki, który jeździł, bo był nakręcany za pomocą kluczyka, no i prawdziwe łyżwy! Nie żadne tam hokejówki, byłem na nie za mały, ale takie przykręcane do butów z przodu i z tyłu. Też na kluczyk. Pozostałą część Wigilii spędziłem przed domem ślizgając się nieudolnie na tych łyżwach. Nauka trwała kilka lat, ale bywała tak intensywna, że nawet teraz mogę mówić, że dobrze jeżdżę na łyżwach! Kolejną atrakcją Wigilii byli przebierańcy, czyli wilijorze. Poprzebierani za Diabła, Anioła, Śmierć, Króla Heroda i Żyda odgrywali krótki spektakl, który ja oglądałem z otwartymi ustami. Marudziłem później babci, że też bym tak chciał, że będę wilijorzem, ale babcia zawsze mówiła, że jestem za mały... Nawet wtedy, kiedy byłem już dużym chłopcem. Najbardziej emocjonujące były momenty, kiedy diabeł, jak to diabeł, krotochwilnie smarował panny lub dzieci sadzami. Mówiono na to, że ,,diabeł cię umurzy'', czyli zrobi z ciebie Murzyna. Ponieważ u nas w domu panien nie było, diabeł polował na dzieci. Ale ja zawsze sprytnie chowałem się za babciną spódnicę.

Już późniejszym wieczorem śpiewaliśmy kolędy, a na choince paliły się prawdziwe świeczki. Były jak gwiazdy na niebie. I pachniały. Tego zapachu nigdy nie zapomnę. To zapach Wigilii AD 1961!

Połajania i uwagi przyjmuję: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.

LEK.

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież

Reklama

Najnowsze

Top 10 (ostatnie 30 dni)

Reklama

Zaloguj

Reklama

Ostatnie komentarze

Reklama

Z krainy dowcipu

dowcipyDupa nie czarodziej

Do baru wchodzi mężczyzna i zamawia setkę czystej. Z kieszeni wyciąga naparstek, odlewa do niego trochę wódeczki, a z drugiej kieszeni wyjmuje małego, kilkucentymetrowego ludzika. Stawia go na barze i podaje naparstek. Barman patrzy na to zdziwiony:
- Panie, skąd pan takiego krasnala wytrzasną?
- Wie pan, byliśmy razem z kolegą Staszkiem w Afryce. Idziemy tam przez dżungle, idziemy i nagle widzimy jak tubylcy tańczą dookoła ogniska. A w środku koła taki wymalowany na kolorowo wywija grzechotnikami. I jak ty mu wtedy, Stachu powiedziałeś? Że on jest dupa a nie czarodziej?!

Reklama

 

partnerzybar2

tubadzin150wartmilk150

 
 
stat4u