Reklama
menuvideotvomenuartykulymenugaleriamenulogo2menureklamaonasmenu 20lat
Strona główna Artykuły Felietony BIBOP, czyli moja bełchatowska przygoda

BIBOP, czyli moja bełchatowska przygoda

sieradzkie_peerelki2Po mojemu BIBOB to nie tylko kierunek w jazzie. To przede wszystkim istotny fragment mojego życia. Ba, to przyczynek do tego, że na swoje nieszczęście zostałem dziennikarzem. Często bowiem wspominam czasy, kiedy w 1979 roku redagowałem i drukowałem Biuletyn Informacyjny Bełchatowskiego Okręgu Przemysłowego.

Żeby być zgodnym z historią gospodarczą Polski nadmienię, że chodzi o Piotrkowsko-Bełchatowski Okręg Przemysłowy oparty na wydobyciu węgla brunatnego, ale także na przemyśle maszynowym i włókienniczym. Głównymi ośrodkami tego okręgu, który zamieszkiwało wówczas (w drugiej połowie lat 70. XX wieku) około 250 tysięcy ludzi, były Piotrków Trybunalski i Bełchatów. Używano nawet terminu dwumiasta, co było mocno na wyrost, bowiem odległe są od siebie o jakieś dwadzieścia kilometrów, zaś przestrzeń je dzieląca nie stała się bynajmniej drugi Śląskiem.

Do Bełchatowa trafiłem przypadkiem pod koniec października 1978 roku, kiedy okazało się, że moje warunki głosowe nie pozwalają na karierę w radiu. Z przejściowej niechęci do dziennikarstwa zainteresowałem się wtedy ofertą pracy przygotowaną dla... Stasia Stępnia, mojego serdecznego kolegi z roku na pedagogice szkolnej Uniwersytetu Łódzkiego i z Akademickiego Centrum Radiowego KIKS. Stało się tak dlatego, że wcześniej Staś otrzymał propozycję bycia kimś w rodzaju kierownika ACR KIKS z ramienia Uniwersytetu Łódzkiego. Dostał samodzielny pokój w akademiku, niezłą pensję, a w KIKS-ie i tak pracował, bowiem po studiach jakoś nie mogliśmy rozstać się ze studenckim radiem i życiem. Propozycję pracy w Bełchatowie złożył Stasiowi Tadeusz Rozpara, prawnik i działacz Socjalistycznego Związku Studentów Polskich, w latach 1994-2002 prezydent Bełchatowa z ramienia SLD. Stasiu propozycję powrotu do rodzinnego Bełchatowa odrzucił, ale zarekomendował Tadeuszowi właśnie mnie.

Przyznam szczerze, że byłem wtedy w ogromnej rozterce. Jakoś nie widziałem siebie w roli wiejskiego lub małomiasteczkowego nauczyciela..., więc po krótkim namyśle przyjąłem propozycję wyjazdu do Bełchatowa. Tadeusz Rozpara przyjął mnie z otwartymi ramionami! Jak diabeł duszę, bowiem w Bełchatowie liczył się wtedy każdy człowiek do roboty, zwłaszcza z wyższym wykształceniem. Był jednak zafrasowany, bowiem... stanowisko koordynatora do spraw kultury okazało się być już zajęte. Przyjechałem kilka dni za późno... Jak to się wtedy mówiło, Tadeusz ,,wykonał kilka telefonów'' i okazało się, że praca jest. W Przedsiębiorstwie Usług Socjalnych, które kilkanaście miesięcy później przyjęło nazwę ,,Energoserwis''. I rzeczywiście takim było. Przekonałem się o tym dwa dni później, kiedy zatrudniłem się w PUS zajmującym się wtedy wypoczynkiem, żywieniem i organizowaniem rozrywki dla pracowników BOP. Zostałem stażystą w tym przedsiębiorstwie, a moim bezpośrednim przełożonym był, na swoje i moje nieszczęście, niejaki Jan Sulikowski, socjolog z Łodzi.

Abym więcej zarabiał, Tadeusz załatwił mi pół etatu w Zarządzie Wojewódzkim Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej w Piotrkowie. Tam też zostałem człowiekiem od kultury, ale do Piotrkowa jeździłem tylko po wypłatę. Moi szefowie byli w Bełchatowie. Szefowie, bo najważniejszym funkcjonariuszem od kultury w BOP był Wojciech Worotyński, też socjolog, później dziennikarz, który trafił potem do TVP i był nawet (od 2005 r.) dyrektorem Ośrodka Terenowego TVP w Białymstoku. Mój kierownik z działu socjalnego PUS od początku nie wiedział, co ze mną zrobić. Przez długie osiem godzin skazany więc byłem na wykonywanie jakichś idiotycznych polecań (przynieś, wynieś, pozamiataj...), a nawet na przymusowe czytanie okólników. To za karę, kiedy złośliwy kierownik złapał mnie na czytaniu dzieł wszystkich Andrzeja Bursy, które miałem ukryte w szufladzie biurka... W PUS szybko opanowałem sztukę mimikry. Starałem się przede wszystkim jak najmniej wchodzić w zasięg wzroku kierownika i najczęściej załatwiałem ,,bardzo ważne sprawy na mieście'', które zlecał mi oczywiście dyrektor. Jednak kłamstwo wydało się szybko...

Ratunkiem dla mnie był więc pomysł, nie wiem czyj, czy kierownika, czy kogoś innego, aby nasz dział zaczął wydawać publikację – informator o tym, co dzieje się w BOP. Pomysł był dla mnie łódką ratunkową. Wreszcie mogłem robić coś sensownego, co przypominało dziennikarstwo, a nawet nim było, bo przecież to głównie ja redagowałem Biuletyn informacyjny Bełchatowskiego Okręgu Przemysłowego. Okazało się także, że miałem również drukować BIBOP na powielaczu. Do tej czynności przydzielono mi nawet pomocniczkę, pracownicę naszego działu, bardzo sympatyczną łodziankę (imienia nie pamiętam), która... też nie umiała obsługiwać wspomnianego powielacza. Najgorsze jednak było przed nami. Okazało się bowiem, że maszyna była uszkodzona, mogła pracować tylko na napęd ręczny, czyli na korbkę. No i kręciliśmy, kręciliśmy brudząc się niemiłosiernie ciężko zmywalną farbą drukarską.

BIBOP zawierał różnorodne informacje; od adresów i telefonów hoteli pracowniczych, rozkładów jazdy pociągów i autobusów, po repertuar kin w Bełchatowie i Piotrkowie oraz informacje o imprezach kulturalnych w tych miastach. Miał najwyżej kilkanaście stron formatu A 4 i zawierał porcję rzeczywiście użytecznych informacji. Wydawaliśmy tego jakieś 300, w porywach 500 egzemplarzy. Miesięcznik rozprowadzaliśmy chodząc pieszo po hotelach, po zakładach pracy, klubach zakładowych, osiedlowych i tym podobnych miejscach. Ogromnym wysiłkiem udało nam się wydać cztery lub pięć numerów informatora, kiedy kierownik Jan wpadł na pomysł, aby periodyk drukować w profesjonalnej drukarni. To zadanie, jak wszystkie najtrudniejsze, zlecił mnie. I okazało się ono ostatnim dla mnie przed awansem. Jakoś tak w kwietniu 1979 roku zostałem bowiem kierownikiem klubu ,,Nowy Świat'' Energomontażu Północ. Ale to już temat na kolejne wstrząsające wspomnienie z Bełchatowa. Połajania i uwagi przyjmuję: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć. LEK.

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież

Reklama

Najnowsze

Top 10 (ostatnie 30 dni)

Reklama

Zaloguj

Reklama

Ostatnie komentarze

Reklama

Z krainy dowcipu

dowcipy,,Wisienki sobie jem...''

Koń w pełnym galopie ucieka przed stadem wygłodniałych wilków! Co chwilę obraca się za siebie i widzi że wilki są coraz bliżej.
W pewnym momencie zdaje sobie sprawę, że nie zdoła im uciec i że jedynym ratunkiem będzie ucieczka na drzewo.
W ostatniej chwili udaje mu się tam wdrapać. Zdyszany siedzi na gałęzi, a tu - ku jego zdziwieniu - obok siedzi krowa.
Zaskoczony pyta:
-Co ty tutaj robisz?
-Wisienki sobie jem!
-Jak to? Przecież to jest grusza?
- A w słoiczku sobie przyniosłam...

Reklama

 

partnerzybar2

tubadzin150wartmilk150

 
 
stat4u