Reklama
menuvideotvomenuartykulymenugaleriamenulogo2menureklamaonasmenu 20lat
Strona główna Artykuły Felietony Szpital z zakamarków mojej pamięci

Szpital z zakamarków mojej pamięci

sieradzkie_peerelki2Choroby czają się niczym każde inne zło, którego człowiekowi nie sposób ominąć. Czasem da się im wymsknąć, częściej niestety nie... Tak było ze mną. I z tej przyczyny po raz szósty w życiu znalazłem się w szpitalu. Trzeba przyznać, że w znakomitym – w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym nr 1 im. Norberta Barlickiego Uniwersytetu Medycznego w Łodzi. Miałem tam tyle czasu na myślenie, że wolałem wspominać. Co najczęściej? Mój pierwszy pobyt w szpitalu. I to w jakim! Radzieckim...


 

A ten zdarzył się nieszczęśliwie gdzieś tak w połowie maja 1986 roku, kiedy byłem uczestnikiem delegacji kulturalnej województwa sieradzkiego do zaprzyjaźnionej z nim wtedy Mordwińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Delegację stanowili przede wszystkim artyści z Wojewódzkiego Domu Kultury w Sieradzu, Miejskiego Domu Kultury w Zduńskiej Woli oraz Zespołu Pieśni i Tańca ,,Dobroń''. Naszą bazą podczas bodaj dziesięciodniowego pobytu był hotel ,,Sarańsk'' w Sarańsku, czyli stolicy republiki liczącej wówczas niespełna 300 tysięcy mieszkańców. Któregoś dnia podczas kolacji dowiedziałem się, że jeden z tancerzy ,,Dobronia'', na co dzień nauczyciel wychowania fizycznego tamtejszej szkoły podstawowej, ma urodziny. Stolik, przy którym siedział jubilat, balował o wiele dłużej niż trwała kolacja. Kiedy fundatorowi przyszło płacić, okazało się, że kelner, obrzydliwie bezczelny typ ze złotymi zębami, dopisał mu do rachunku przynajmniej 250 rubli. Interwencje ,,ukrojonego'' i jego kolegów nic nie dały, więc jubilat poprosił mnie o interwencję mediacyjną. Ponieważ władałem wtedy całkiem nieźle rosyjskim, wytłumaczyłem kelnerowi, jak nic funkcjonariuszowi tamtejszej milicji, że tak chamski przekręt nie przystoi nawet radzieckim kelnerom w podwójnej służbie. Gnida śmiał mi się prosto w oczy ze spojrzeniem ,,pocałuj mnie w pompę polaczku''. Z trudem powstrzymałem agresję. Usiadłem przy stoliku, pomyślałem i ruszyłem na zaplecze restauracji w poszukiwaniu kierowniczki. Stanąwszy przed jej obliczem wytłumaczyłem o co chodzi domagając się zwrotu dopisanych do rachunku rubli. Kiedy to nie poskutkowało, użyłem fortelu; pochwaliłem się, że znam I sekretarza KPZR MASRR, niejakiego Bieriezina (imienia nie pamiętam). Co więcej, nam do niego telefon i jutro rano zrobię z tego użytek, wiadomo jaki. Na dodatek napiszę o tym w gazecie, co rzuci cień na wieczną przyjaźń sieradzko-mordwińską. Poskutkowało! Kelner przyniósł pieniądze niemal w zębach i oddał koledze. Patrzył przy tym na nas z okrutnym pragnieniem: żebym jak najszybciej spotkał się z wami na Syberii! Wiadomo, że kolega tancerz się odwdzięczył. Jeszcze tego samego wieczora przyszedł do mnie do pokoju z butelką wódeczki i dwiema najładniejszymi tancerkami ,,Dobronia''. Chcieli mnie zaprosić do siebie na balangę, ale grzecznie odmówiłem, co było do mnie niepodobne. Wódeczkę na wagę złota, bo przecież w ZSRR był wtedy tzw. suchy zakon, wprowadzony przez Michaiła Gorbaczowa, wypiliśmy pod... wodę z kranu. Ta chwila zapomnienia – bo przecież każdy, kto kiedykolwiek był w Sarańsku, przestrzegał przed piciem tamtejszej wody – kosztowała mnie wiele męczarni. Te zaczęły się już nad ranem; na dwa sposoby wydalałem z siebie wszystko co miałem w żołądku i jelitach. Tak mną telepało, że omal bym nie uszkodził się o ściany toalety, w której znaleziono mnie rankiem praktycznie nieprzytomnego. Ażeby dostać się do pokoju, musiano wyważyć drzwi.

Czarną ,,Wołgą'' z firankami w oknach zostałem przewieziony do balnicy nomier adin, czyli miejskiego szpitala numer jeden w Sarańsku. Nie będę opisywał, jak to badało mnie kilkunastu lekarzy, z których część upierała się, że mam wrzody żołądka i trzeba mnie natychmiast przetransportować do Moskwy, gdzie zrobią mi operację. Byłem przeciwny tej absurdalnej diagnozie, co poparłem deklaracją, że złożę na nich skargę nie tylko do ichniego sekretarza Bieriezina, ale i do naszego Janusza Urbaniaka, I sekretarza KW PZPR w Sieradzu. Poskutkowało! Położono mnie w jednoosobowym pokoju z łazienką i telewizorem, co na tamte czasy było ponoć w tym szpitalu wielkim wyróżnieniem. Poczułem się jak socjalistyczny VIP, w końcu ,,inastraniec''.

Szybko okazało się, że telewizji nie da się oglądać, ciepła woda tylko czasem bywa w kranie, a jedzenie jest kiepskie i zupełnie nie dla pacjenta z zatruciem pokarmowym. Na dodatek ubrano mnie w czarną piżamę ze sztucznej tkaniny, która tak drapała w ciało, że obawiałem się krwawych obtarć... Dopiero wizyta ministra zdrowia MASRR diametralnie poprawiła mój byt. Piżamę zmieniono na przyjemną, bawełnianą, a jedzenie dostawałem praktycznie wedle życzenia, ale w granicach diety. Nie oddano mi jednak torby z notatnikiem i innymi dziennikarskimi akcesoriami jak dyktafon, czy... hermetyczna popielniczka. I kategorycznie wykluczano wodę jako przyczynę mojego zatrucia! Woda u nas charoszaja gaspadin, paniał! Nie paniał – odpowiadałem, ale poprzestawałem na tym zaprzeczeniu, aby nie pogarszać swojej trudnej sytuacji. Dobrze wspominam za to personel tego szpitala; od salowych po lekarzy. Byli fachowi i bardzo życzliwi. W trzy dni postawili mnie na nogi! Jedno tylko mam im za złe. Nie dali mi umocnić przyjaźni polsko-radzieckiej. Drugiego dnia pobytu wieczorem odwiedziła mnie młoda pielęgniarka, bardzo młoda i ładna. Do tego stopnia, że przypomniałem sobie w oryginale fragmenty ,,Eugeniusza Oniegina'' i któregoś z wierszy Sergiusza Jesienina. Siostra była zachwycona! Ba, pozwoliła nawet trzymać się za rękę. Zrobiło się bardzo miło, zdrowiałem z minuty na minutę... Wtedy właśnie w drzwiach pojawiła się postać starej pielęgniarki, która ujrzawszy to tak warknęła na swoją koleżankę, że ta uciekła niczym spłoszona kotka. Od tego momentu aż do końca pobytu w szpitalu opiekowały się mną najstarsze i najbrzydsze pielęgniarki tego szpitala. I tak miałem poczucie, że oto zetknąłem się z klasycznym przykładem moralności socjalistycznej. No i czujności w jej egzekwowaniu.

Połajania i uwagi przyjmuję: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.

LEK.

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież

Reklama

Najnowsze

Top 10 (ostatnie 30 dni)

Reklama

Zaloguj

Reklama

Ostatnie komentarze

Reklama

Z krainy dowcipu

dowcipyJakoś to załatwimy...

Taksówkarz wiezie ładną kobietę. Kiedy dojechali na miejsce okazuje się, że ta nie ma pieniędzy na opłacenie kursu. Taksówkarz na to: - Niech się pani nie martwi, jakoś to załatwimy...

Po czym zawraca auto, jedzie za miasto na sporą, zieloną łączkę. Zatrzymuje się, otwiera bagażnik, wyciąga koc i kładzie na trawie.

- Ależ proszę pana, ja na pewno oddam panu pieniądze! Proszę nic mi nie robić, mam dzieci i męża, którego bardzo kocham... - mówi kobieta prawie płacząc.

- A ja mam czterdzieści królików, więc rwij trawę i nie dyskutuj! - odpowiada taksówkarz.

Reklama

 

partnerzybar2

tubadzin150wartmilk150

 
 
stat4u