Reklama
menuvideotvomenuartykulymenugaleriamenulogo2menureklamaonasmenu 20lat
Strona główna Artykuły Felietony Nauczyciele to żyją…

Nauczyciele to żyją…

sieradzkie_peerelki2,,Ludzie to żyją…’’ – mawiała ironicznie moja matka, Marianna Lisiecka (rocznik 1929) nauczycielka, która przepracowała w zawodzie ponad 45 lat. Ojciec, Jan Lisiecki (rocznik 1932), też był nauczycielem. Przy tablicy ponad 20 lat, bo od roku 1975 do emerytury był pracownikiem Kuratorium Oświaty i Wychowania w Sieradzu. Siostra Danuta też jest z wykształcenia nauczycielką, prawie pół rodziny wylądowało w tym zawodzie. A ja nie! Dlaczego?

Cóż, napatrzyłem się na piękną i marnie opłacaną pracę rodziców, no i decyzja sama przyszła. Ta odpowiedź jest niepełna i tylko częściowo prawdziwa. Życiem rządzi przypadek i tak poniekąd było ze mną. Dałem się uwieść innej pasji i też czasami żałuję. Ale przynajmniej zarabiałem prawdziwe pieniądze.
Jak tylko pamięcią sięgnę, mieszkaliśmy w szkole, najpierw w starym budynku w Dzierząznej, od 1964 roku w nowej szkole we Włyniu. I przez ten cały czas żyliśmy skromnie, jadaliśmy skromnie, czasem bardzo skromnie. Najczęściej powidła ze śliwek i jabłek, grzyby w różnej postaci, często zupę szczawiową i barszcz w różnych odmianach oraz jajka. Te mieliśmy zawsze, bo mama, ku zmartwieniu ojca, hodowała kilka, kilkanaście kur. Jaja można też było łatwo kupić na wsi. Bywało, że pod postacią różnego rodzaju wdzięczności rodzice uczniów przynosili nam podarunki, najczęściej był to właśnie jaja, kury, a nawet kaczki. To zdarzało się zazwyczaj pod koniec roku szkolnego, kiedy wielu uczniom groziło tak zwane zimowanie, czyli pozostawienie na następny rok w tej samej klasie. Ojciec przeganiał takich rodziców (najczęściej były to zdesperowane matki) razem z gdaczącymi podarunkami. Mama zazwyczaj te skromne łapówki przyjmowała. I wtedy jadaliśmy najlepiej. Okres obfitości bywał także po wizytach dziadka Marcina. Zwłaszcza wtedy, kiedy przyjeżdżał ze Świerczowa wozem konnym wypełnionym zbożem na mąkę, ziemniakami, warzywami, jajami, drobiem, plackami, a bywało że i połową świni!
Rodzice pracowali dużo, porównując to z dzisiejszymi nauczycielami, bardzo dużo. W Szkole Podstawowej we Włyniu, której był kierownikiem w latach 1955-1974, uczyło się zazwyczaj około 120 dzieci, najpierw w siedmiu, od 1967 roku w ośmiu klasach. Do tego czasu było tam tylko czterech nauczycieli, woźny i sprzątaczka. Teraz w tej szkole pracuje cztery razy więcej ludzi, a uczniów jest najwyżej 80! No i w soboty szkoła jest zamknięta. Pensum tylko 18 godzin. Moi rodzice pracowali tygodniowo po 36 godzin, a pensum? Czegoś takiego nie było. To wymysł Karty Nauczyciela z 1982 roku. Podarunek komunistycznej władzy dla nauczycieli, zamiast przyzwoitego wynagrodzenia. I karta była aktem ponad Kodeksem Pracy… Kolejne rządy, sejmy etc. bały się ruszyć tego potworka. Komuna płaciła marnie. Jak wspomina pani Henryka Swojnogowska, kiedy w 1953 roku rozpoczęła pracę w SP we Włyniu, zarabiała 650 złotych. Ojciec mój zarabiał niewiele więcej. Żyliśmy więc skromnie, czasem bardzo skromnie. Władza była przekonana, że do utrzymania autorytetu nauczycielom niepotrzebne są pieniądze…
Za to rodziców często oznaczano. Ojciec dostał m.in. Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, mama ,,tylko’’ Krzyże Zasługi, że wspomnę te najważniejsze odznaczenia. Tak to komuna ,,wynagradzała’’ nauczycieli. Zamiast pieniędzy odznaczenia i pochwały na akademiach ,,ku czci’’… Dodam, że te akademie przygotowywali nauczyciele, zazwyczaj poza godzinami pracy! A my, dzieci recytowaliśmy wiersze i śpiewaliśmy piosenki wychwalające najlepszy z ustrojów oraz bohaterów, którzy ginęli ,,za wolność naszą i waszą’’.
Teraz jest podobnie. Rządzący niemal tak samo traktują nauczycieli, specjalizując się w tworzeniu iluzji, że coś dają. Z jednym wyjątkiem. Nie dają podwyżek kiedy drożeje wódka…

Połajania i uwagi przyjmuję: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.

LEK.

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież

Reklama

Najnowsze

Top 10 (ostatnie 30 dni)

Reklama

Zaloguj

Reklama

Ostatnie komentarze

Reklama

Z krainy dowcipu

dowcipyWspomnienie starego hipisa...

Siedząc do późna w pracy Janek zaczął wspominać stare hipisowskie czasy, kiedy to niemal codziennie były nowe panienki, narkotyki... Po dwudziestu latach nie palenia marihuany postanowił więc zapalić, przypomnieć sobie dobre czasy. Odwiedził dzielnicę, na której mieszkał za młodu, i sprawdził czy diler Heniek jeszcze żyje i sprzedaje. Okazało się, że Heniek nadal prosperuje.
- Witaj Heniu, nic się nie zmieniłeś...
- Janek, kopę lat...
- Potrzebuję jakieś fajne jointy, bo ze dwadzieścia lat nie paliłem, a chciałbym przypomnieć sobie jak to było...
- Słuchaj Jasiu, sprzedam Ci, ale pod jednym warunkiem. Musisz ten towar palić samemu i najlepiej w zamkniętym pomieszczeniu.
- Dobra stary, niech tak będzie - odparł Stefan i pożegnawszy się pomknął do domu.
Wpada do chałupy, cisza jak makiem zasiał, żona chrapie jak niedźwiedź, dzieciaki tak samo, więc postanowił zamknąć się w łazience. Usiadł na sedesie wypakował towar, nabił lufkę, zaciąga się... Otwiera oczy, patrzy ciemno. Wypuszcza dym - jasno.
- Kurde, ale sprzęcicho się pozmieniało... - pomyślał zdumiony.
I pociągnął drugiego macha. Otwiera oczy, ciemno..., wypuszcza - jasno....
Zdrowo podjarany myśli sobie, że jeszcze raz nic nie zaszkodzi. Zaciąga się - ciemno, wypuszcza dym - jasno.
W tym momencie słyszy walenie do drzwi łazienki....
- Janek. co ty tam robisz? - krzyczy żona.
Janek wszystko wrzucił do sedesu, spuścił wodę i poddenerwowany odpowiada:
- Golę się kochanie!
- Janek, trzy dni...?

Reklama

 

partnerzybar2

tubadzin150wartmilk150

 
 
stat4u