Reklama
menuvideotvomenuartykulymenugaleriamenulogo2menureklamaonasmenu 20lat
Strona główna Artykuły Felietony Ciotka Janka – kobieta na wskroś przedwojenna

Ciotka Janka – kobieta na wskroś przedwojenna

sieradzkie_peerelki2Dopiero po wielu latach zrozumiałem, jak ważną osobą dla naszej rodziny była ciotka Janka, rodem Majaczewic, a po wojnie aż do śmierci – mieszkanka Łodzi, czyli łodzianka, bo tak ją niektórzy w rodzinie nazywali. Jedna trzech sióstr mojej babci, Walentyny Płaczek – Bączyk. Absolutnie oryginalna, ukształtowana w dwudziestoleciu międzywojennym, jawiła się jako osobowość szlachecko-mieszczańska. Choć była tylko córką bogatych chłopów, których z trudem stać było na jej wykształcenie.

 

Majaczewice, to dziś wieś niemal wymarła i wymierająca, ale od czasów Królestwa Polskiego do 1953 roku była gminą, w której skład jakiś czas wchodził także Burzenin, pozbawiony przez rosyjskiego zaborcę praw miejskich w 1870 roku. Ciotka Janka urodziła się najprawdopodobniej w Bobrownikach, na pod koniec pierwszej dekady XX wieku. Szkołę powszechną ukończyła w Szczawnie. Rodzinny przekaz mówi, że potem uczęszczała jakiś czas do szkoły rolniczej w Burzeninie. Paradoksalnie szczęście uśmiechnęło się do niej, kiedy... poszła na służbę do rodziny Berkmanów. Franz Berkman zamożnym człowiekiem, kolegą z wojska, najprawdopodobniej niemieckiego, Jakuba Płaczka, ojca ciotki Janki, a mojego pradziadka. I tak pod koniec lat dwudziestych ubiegłego wieku młoda Janina Płaczek trafiła do Łodzi. Pomogło jej wykształcenie, a przede wszystkim aparycja; była ładna, przystojna i – jak na tamte czasy – wysoka, miała nieco ponad metr siedemdziesiąt wzrostu. Dobrych manier nabrała służąc u bogatych łódzkich mieszczan. Udało się jej zdobyć tak zwaną małą maturę, czyli ukończyć cztery klasy gimnazjum. A jeśli było to po reformie oświaty w 1932 roku, mogła nawet zdać egzamin ukończenia tej szkoły. Okupację hitlerowską przeżyła w Łodzi. Kiedy w styczniu 1945 do miasta weszli radzieccy, Berkmanów wyrzucili na bruk. Przede wszystkim za nazwisko, bo Berkman był za stary na czynny udział w II wojnie światowej. Jak się okazało, nie do końca wyrzucili, bo pozwolili im mieszkać... w piwnicy. Zaś ciotka Janka została w ich mieszkaniu. Ponieważ miała więcej niż podstawowe wykształcenia, znała języki (niemiecki, trochę angielski i francuski), niedługo po wojnie znalazła pracę w… biurze poselskim przyszłego wicepremiera, wtedy już posła Krajowej Rady Narodowej, Stanisława Mikołajczyka z Polskiego Stronnictwa Ludowego. To otarcie się o wielką politykę przypłaciła tym, że niemal do końca życia była inwigilowana przez Urząd Bezpieczeństwa Publicznego, a potem Służbę Bezpieczeństwa.
Najtrudniej odtworzyć mi lata 50. i 60. życia ciotki Janki, którą doskonale pamiętam z połowy lat sześćdziesiątych. Byłem wtedy u niej w mieszkaniu, prawdopodobnie na ulicy Szterlinga. Przekaz rodzinny wnosi, że kilka lat po wojnie ciocia poznała bardzo ważnego łódzkiego urzędnika i wyszła za niego za mąż. Złośliwi mówili, że pan ów był od niej nie tylko grubo starszy, ale także był... kominiarzem, a taki alians absolutnie nie pasował do damy, na jaką niemal całe życie kreowała się Janina Płaczkówna. Mąż był nobliwym, dobrze ubranym panem, prezesem spółdzielni kominiarzy. To z tamtych czasów pochodzą bon moty w rodzaju: Janek, ty jedyny jesteś w tej rodzinie kulturalnym człowiekiem; mówisz po polsku, no i masz zawsze wyczyszczone buty i czyste paznokcie! To do ojca. Zaś do dziadka Bączyka mawiała: Marcin, ty mówisz jakbyś kilka szkół ukończył… A dziadek, cóż, żadnej szkoły nie ukończył, choć biegle czytał, pisał i rachował.
To opinie przyjemne, ale na ogół ciocia potrafiła być kąśliwie złośliwa. Zwłaszcza jeśli chodzi o wysławianie się, wygląd i higienę osobistą otaczających ją ludzi. Dlatego była niezbyt lubiana, uważano ją za dziwaczkę. Niemal całe życie towarzyszyła jej legenda pracy w biurze Stanisława Mikołajczyka, wzmocniona przekazem, że była z tym politykiem w składzie delegacji rządu PRL do Stanów Zjednoczonych. I to nie jest prawdą, choć w Stanach była… u kuzynki. I to pod koniec lat 50., co nie było łatwe ze względu na zdobycie paszportu. Nie wiadomo jak, ale jej się udało. Miała przecież zaproszenie...
W USA zderzyła się z brutalną rzeczywistością kapitalizmu. Okazało się, że dolary nie leżą na ulicy, a praca, jaką jej proponowano, polegała na sprzątaniu, gotowaniu, czy podcieraniu tyłków dzieciom lub zniedołężniałym staruszkom. A to nie było zajęcie dla damy, nawet z Polski po sowiecką okupacją. Po kilku miesiącach wróciła z przekonaniem, że w PRL-u wcale nie jest tak źle. Ja zapamiętam ją na zawsze jako kobietę dystyngowaną, elegancką, z nienagannymi manierami. Czasem sobie myślę, że czegoś jednak się od niej nauczyliśmy. Szkoda, że tak mało, choć ciotka Janka żyła ponad dziewięćdziesiąt lat.

Połajania i uwagi przyjmuję: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.

LEK.

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież

Reklama

Najnowsze

Top 10 (ostatnie 30 dni)

Reklama

Zaloguj



Reklama

Ostatnie komentarze

Reklama

Z krainy dowcipu

dowcipyRóżne mogą być prezenty dla nauczycieli

Jeszcze nie tak dawno powszechnym zwyczajem w polskich szkołach było dawanie prezentom wychowawcom klas. Tak też było w klasie IIIB w Szkole Podstawowej w Brzęczyszczykowicach.
Zosia, której mama ma kwiaciarnię, przyniosła pudło. - Zosiu, tam na pewno są kwiaty - mówi wychowawczyni.
- Oj, skąd pani wie...
Kolejnym darczyńcą był Marcinek, którego tata był cukiernikiem.
- W tym pięknym pudełku na pewno są smakowite ciasteczka? - zapytała nauczycielka.
- Tak, zgadła pani - odpowiedział Marcinek. Następny w kolejce z prezentem był Stasio, którego tatuś prowadził ekskluzywny sklep alkoholowy.
- Oj, z tego pudełka coś przecieka - powiedziała pani i polizała ciecz.
- To na pewno wino? - Nie odpowiedział Stasio. Więc pani polizała jeszcze raz mówiąc:
- Że też nie poznałam, to koniak?
- Nie odpowiedział Staś - świnka morska...

Reklama

 

partnerzybar2

tubadzin150wartmilk150

 
 
stat4u