Reklama
menuvideotvomenuartykulymenugaleriamenulogo2menureklamaonasmenu 20lat
Strona główna Artykuły Felietony Sieradzkie PRL-ki - Spotkania czwartego stopnia, czyli praktyki robotnicze i nie tylko

Sieradzkie PRL-ki - Spotkania czwartego stopnia, czyli praktyki robotnicze i nie tylko

sieradzkie_peerelki2W lipcu minęło 46 lat od czasu, kiedy ze ś.p. Wojtkiem Napiórą z Łowicza odbywałem tak zwane praktyki robotnicze. Po co? Ówczesna władza, zwana na wyrost komunistyczną, wprowadziła te praktyki w przekonaniu, że młodzież powinna przed studiami poznać smak pracy fizycznej, przekonać się, jak to robi klasa robotnicza. Docenić to, że ucząc się pilnie uniknie wstawania o szóstej rano i zapie…. Za marne grosze.

 

Po czterech latach okazywało się jednak, że wstawało się zazwyczaj na siódmą lub ósmą, czasem zap…. się, a grosze były jeszcze marniejsze… Ale teraz jesteśmy w lipcu 1975, w Łodzi. Lato było piękne tego roku i tak śpiewali (nam): ,,...bo z dziewczynami nigdy nie wie, oj, nie wie się...’’, ,,...40 lat minęło jak jeden dzień...’’, ,,I am sailing, I am sailing’’, czy ,,..parostatkiem w piękny rejs, statkiem na parę w piękny rejs...’’.
Śpiewaliśmy w przekonaniu, że ,,skończymy studia, znajdziemy pracę, będziemy szmalu dużo mieli...’’. Praktyki robotnicze mocno weryfikowały te wizje PRL-u, kiedy to ,,Polska rosła w siłę, a ludzie żyli coraz dostatniej’’. Nigdy nie zapomnę tyrady jednego z kierowników zakładu remontowo-budowlanego Uniwersytetu Łódzkiego, gdzie odbywaliśmy wspomniane praktyki. Pamiętam nawet jego nazwisko, ale w doznaniu miłosierdzia pominę je, bo pewnie żyją gdzieś jego dzieci i wnuki. Wysoki, choć niekształtny ów mężczyzna, którego trudno byłoby nazwać przystojnym, przyszedł onegdaj do nas na miejsce naszych praktyk w jednej z kamienic przy ul. Rewolucji 1905 roku w Łodzi. Wychowawczo i wojowniczo nastawiony wobec nas, głośno wykrzykiwał (pamiętajcie: każdy osioł lubi słuchać swego ryku…) o postawach socjalistycznych studentów i że jesteśmy nierobów kupa, co to tylko patrzą, gdzie by się tu położyć z gazetą i na gazecie. Tak, tak, bowiem wersalki po likwidowanym tam właśnie hotelu asystenckim były niemiłosiernie zakurzone. No i o tym, że nasze szanse ,,na niezaliczenie praktyki i nieotrzymanie żadnych pieniędzy’’ rosną z godziny na godzinę. Zmęczył się tym gadaniem. Mętnie na nas popatrzył i wyszedł do sąsiedniego pokoju, gdzie czekali na niego majster i zdun. Z brązowej teczki wyciągnął jabola J-23, patykiem pisanego, pociągnął długi łyk, po czym oddał flaszę majstrowi. Zdun nie pił. Na jego nieszczęście, my widzieliśmy to wszystko, i przy okazji następnego z nim konfliktu poinformowaliśmy go o naszej tajemnej wiedzy. Oj, du… mu się zmarszczyła ze złości, a po jajach leciał pot – jak zwykł mawiać jeden z naszych kolegów z III Domu Studenta na przesławnym osiedlu Lumumbowo, za moich czasów ,,Rodzeństwa Fibaków’’.
Przyjechał tam kiedyś do mnie mój przyjaciel, Arkadiusz Czyżewski ze Szczecina, ale rodem z Włynia, gdzie poznaliśmy się prawie 60 lat temu! Ale opowieścią, którą zacytuje wspominając demokrację socjalistyczną przez którą nie dane było nam jechać nawet Trabantem Limuzyną, uraczył mnie niedawno, goszcząc w swojej daczy na jeziorem Ińskim w Ińsku. Był rok 1974, kiedy Arek, student roku zerowego Politechniki Szczecińskiej, odbywał praktykę robotniczą na budowie szpitala psychiatrycznego w szczecińskiej dzielnicy Zdroje. Pewnego dnia przyjechał do nich doc. dr Duda. Był miły, oglądał to i owo, przypatrywał się pracy studentów kiwając z aprobatą głową. Na zakończenie wizyty powiedział: ...i pamiętajcie, że ten szpital budujecie dla siebie i dla swoich dzieci. Salwy śmiech studenckiej braci słychać jeszcze w szpitalnych korytarzach… Z tej okazji moja serdeczna przyjaciółka, Grażyna Stępień, ps. Prezes, żona tak samo zaprzyjaźnionego ze mną jej męża Stanisława, opowiedziała podobną historię. Działo się to w ośrodku szkolno-opiekuńczym w Czerniewicach wtedy była to zdaje się szkoła specjalna), gdzie pracowała nasza ukochana koleżanka Dzideczka, zmarła osiemnaście lat temu… I to ona opowiedziała nam, jak pewnego dnia w połowie lat 80. ubiegłego wieku pani dyrektor tej placówki dla dzieci niepełnosprawnych umysłowo, wpadła na genialny pomysł, aby zorganizować spotkanie z milicjantem. W wydarzeniu uczestniczyły wyłącznie dzieci o lekkich niedoborach umysłowych. Milicjant był sympatyczny i - jak na tamte czasy - wydawał się dość inteligentny. Czar prysł na koniec spotkania, kiedy funkcjonariusz powiedział z przekonaniem: Uczcie się dzieci pilnie, to może kiedyś niektóre z was zostaną jak ja… policjantami. Dostał brawa niczym Edward Gierek tuż po wyborze na I sekretarza KC PZPR. I słusznie, bo przynajmniej paniom nauczycielkom dał taką dawkę rozrywki, że nawet Jerzy Połomski nie mógł im tego sprezentować.

Połajania i uwagi przyjmuję: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć. LEK.

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież

Reklama

Najnowsze

Top 10 (ostatnie 30 dni)

Reklama

Zaloguj



Reklama

Ostatnie komentarze

Reklama

Z krainy dowcipu

dowcipySzczęśliwi czasu nie liczą...

Żona do spokojnie zasypiającego po stosunku męża:
- Uuu...Tylko dwie minutki...? To raczej maleńko.
Mąż odwracając się do niej i uśmiechając się tajemniczo odpowiada:
- Kochanie, szczęśliwi czasu nie liczą...

Reklama

 

partnerzybar2

tubadzin150wartmilk150

 
 
stat4u