Reklama
menuvideotvomenuartykulymenugaleriamenulogo2menureklamaonasmenu 20lat
Strona główna Artykuły Felietony Uhuha, uhuha, moja zima zła

Uhuha, uhuha, moja zima zła

sieradzkie_peerelki2W temacie zima nic mi się nie zmieniło: nadal jest to najmniej lubiana przeze mnie pora roku. Po prostu nie znoszę... Ale nie zawsze tak było. Jako dziecko lubiłem zimę, bo to i łyżwy, i sanki, a nawet narty, gdyż w Bartochowie są przecież niewielkie wzgórza, a jeden z moich mieszkających tam kolegów miał narty. Zima miała swoje uroki, ale z wiekiem mijały one, jak życie...

Oczywiście, najbardziej zapamiętałem zimę stulecia w 1963 roku. Byłem wtedy uczniem pierwszej klasy Szkoły Podstawowej we Włyniu i miałem to nieszczęście, że uczyłem się w starym budynku szkoły we Włyniu, a mieszkałem z rodzicami w drugim starym szkolnym budynku, w Dzierząznej, odległym od tego pierwszego o blisko półtora kilometra. Kiedy na początku stycznia 1963 roku nastąpiły gwałtowne i straszliwie obfite opady śniegu, a mróz w nocy dochodził do minus trzydziestu stopni, przestaliśmy chodzić do szkoły. Życie stało się trudne, bo i wychodek na dworze, i woda zamarzała w wiadrze, i w piecach trzeba było palić więcej. Pamiętam, że poruszaliśmy się po podwórku chodząc w śnieżnych tunelach, które były gdzieś pół metra ponad moją głowę. Transport na wsi odbywał się tylko saniami, bo na drogach było półtora metra śniegu. Na szczęście, prawie każdy gospodarz miał sanie. I tu przypomnę jedną z najbardziej fascynujących zabaw zimowych mojego dzieciństwa. Niemal każdej zimy droga obok mojego domu, który był szkołą, pokryta była tak zwaną ,,śliskością pośniegową’’, czyli ubitym śniegiem, nadającym się wyjątkowo dobrze do jazdy na sankach lub na łyżwach. Kiedy wóz konny lub sanie jechały dość wolno, podczepialiśmy się pod taki pojazd i jechaliśmy ciągnieni nawet kilometr, by wrócić w ten sam sposób. Niepojęte dla nas było to, że niektórzy gospodarze bardzo tego nie lubili i potrafili… okładać nas batem! Taki gospodarz narażony był na atak z naszej strony. Jeśli tylko się dało, okładaliśmy go śnieżkami.

Piękne było natomiast dokarmianie zwierząt. Za tej obrzydliwej komuny nauczyciele wkładali nam do głów miłość do zwierząt, poszanowanie natury, przyrody. Każdej zimy zbieraliśmy warzywa, zboże, a już jesienią – kasztany i żołędzie dla dzików. Zimą organizowaliśmy wyprawy do lasu, do karmników dla leśnej zwierzyny. Do tych, które przygotowali leśnicy i do tych, które sami żeśmy zmajstrowali. Bywało, że z takiej wyprawy wracaliśmy po ciemku, a przecież wyjeżdżaliśmy po obiedzie. Piszę wyjeżdżaliśmy, bo karma była wieziona na sankach. I to w dużej ilości, bo przynajmniej kilkunastu kilogramów. Te wyprawy miały nie tylko aspekt wychowawczy, ale i zdrowotny; przebywaliśmy przecież kilka godzin w lesie, cały czas w ruchu.

Zimy mojego dzieciństwa kończyły się zazwyczaj niezbyt mądrymi zabawami, czyli pływaniem na krach. Było to zajęcie wielce ryzykowne, ale równie emocjonujące, wręcz fascynujące. Trzeba było mieć wiele sprytu, być niewiarygodnie sprawnym ruchowo, aby sprostać tej ekstremalnej zabawie. No i trzeba było też posiadać specjalne umiejętności. Wyrąbać lub znaleźć odpowiednio duży kawałek kry i potem, używając długiego kija pływać tak, aby nie wpaść do wody. Niestety, to zdarzało się dość często. Pływaliśmy w gumiakach, ale wylanie zeń wody nie wystarczyło. Trzeba było szybko wracać do domu na gorącą herbatę z malinami. Rzadko z cytryną, bo te owoce cytrusowe pojawiały się w domu najczęściej na Boże Narodzenie. Później rzadko, bo przecież panowała komuna. Taka zima współczesnej historii Polski. Zima, którą wspominamy z sentymentem dlatego, że wtedy byliśmy młodzi, bardzo młodzi.

Połajania i uwagi przyjmuję: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.

LEK.

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież

Reklama

Najnowsze

Top 10 (ostatnie 30 dni)

Reklama

Zaloguj

Reklama

Ostatnie komentarze

Reklama

Z krainy dowcipu

dowcipyRefleksyjna przygoda u dentysty

Siedziałam w poczekalni u dentysty, do którego przyszłam po raz pierwszy. Z nudów rozglądałam się. Zauważyłam na ścianie dyplom ukończenia studiów, na którym figurowało jego imię i nazwisko. Wtedy przypomniał mi się wysoki, przystojny, ciemnowłosy chłopak o tym samym imieniu i nazwisku, który chodził ze mną do tego samego liceum jakieś 30 lat temu.
Czyżby mój nowy dentysta był tym chłopakiem, w którym się nawet trochę podkochiwałam?
Jednak kiedy go zobaczyłam, szybko porzuciłam te myśli.
Ten prawie łysy facet z siwymi włosami, wydatnym brzuszkiem i twarzą pełną zmarszczek był zbyt stary, by mógł być moim kolegą ze szkoły.
A może jednak? Po tym, jak mi przejrzał zęby, zapytałam go, czy nie chodził przypadkiem do XXVI LO.?
Tak. Owszem, chodziłem i byłem nawet jednym z najlepszych uczniów, zarumienił się.
A w którym roku Pan zdawał maturę? - zapytałam.
- W siedemdziesiątym czwartym. A dlaczego Pani pyta?
- Ach, to Pan był w mojej klasie! - powiedziałam zachwycona.
Wtedy dentysta zaczął mi się uważnie przyglądać.
Po chwili ten grubawy, pomarszczony staruszek zapytał:
- A czego Pani uczyła?...

Reklama

 

partnerzybar2

tubadzin150wartmilk150

 
 
stat4u