Reklama
menuvideotvomenuartykulymenugaleriamenulogo2menureklamaonasmenu 20lat
Strona główna Artykuły Felietony Lekkość bytu? Piłkarz godny pamięci

Lekkość bytu? Piłkarz godny pamięci

Był 20 kwietnia 1983 roku. Stadion Łódzkiego Klubu Sportowego wypełniony więcej niż do ostatniego miejsca. Powód? Każdy chciał obejrzeć taki mecz na żywo! Już Wielki Widzew grał przecież ze wspaniałym Juventusem Turyn, a stawką był finał Pucharu Europy. W Juventusie prawie same gwiazdy: Michel Platini, Dino Zoff, Claudio Gentile, Paolo Rossi, no i Zbigniew Boniek, który kilka miesięcy wcześniej przeszedł z Widzewa do turyńskiego klubu. Przeszedł? Bagatela, został sprzedany za rekordową wówczas kwotę dwóch milionów dolarów! Dwa tygodnie wcześniej Widzew przegrał w Turynie 0:2, ale miał tak silną drużynę, że nie tylko fanatyczni kibice liczyli na odrobienie strat...

Wiara w ten cud oparta była przede wszystkim na dwóch zawodnikach Widzewa, gwiazdach mundialu w Hiszpanii: Józefie Młynarczyku i Włodzimierzu Smolarku. Mnie fascynował zwłaszcza ten drugi. Mimo przeciętnych warunków fizycznych, dalekich od finezji możliwości technicznych, strzelał ważne bramki, był podporą Widzewa i reprezentacji Polski, no i fascynował wolą walki, niezłomnością. Był dobrym wzorem dla chłopców, którzy zawzięcie kopali piłkę, ale nie mieli talentu Włodzimierza Lubańskiego, czy Kazimierza Deyny.

Kiedy na kilka dni przed wielkim meczem okazało się, że mam kartę prasową (ja, skromny reporter lokalnego tygodnika ,,Nad Wartą''), postanowiłem, że muszę dotrzeć do Włodzimierza Smolarka i umówić się z nim na wywiad. Paradoksalnie umożliwiła mi to karta... fotoreportera, którą ś.p, Mieczysław Wójcicki, wówczas szef redakcji sportowej ,,Głosu Robotniczego'', załatwił mi w ostatniej chwili, ponieważ zabrakło kart dla dziennikarzy.

W czasie meczu pamiętałem o tym wywiadzie do czasu, kiedy jakiś głupek, pewnie pijany kibic, rzucił w sędziego bocznego butelką i trafił go w głowę. Było wtedy 2:1 dla Widzewa. Zamieszanie zrobiło się ogromne. No i przydała się wówczas moja przypadkowa karta fotoreportera, bo – mimo braku aparatu fotograficznego – mogłem wszędzie wejść. Kiedy sędziowie decydowali, czy spotkanie ma być kontynuowane (była ku temu ogromna presja, bowiem mecz o taką stawkę był transmitowany do kilkunastu krajów Europy), wszyscy byli tym podekscytowani. Cóż, sędzia miał w tej sytuacji prawo przerwać mecz...

Piłkarze, działacze i kilkunastu dziennikarzy, znaleźli się wtedy w części halowo-socjalnej pod główną trybuną stadionu ŁKS. Piłkarze Juventusu karnie zgrupowali się w swojej szatni, o czym przekonałem się wchodząc tam w poszukiwaniu Włodzimierza Smolarka. Cóż, pomyliłem drzwi, po których otwarciu natknąłem się na słynnego trenera Giovanni Trapattoniego, który wskazał mi, że szatnia Widzewa jest obok. Niestety, nie było tam Smolarka. Wróciłem wtedy do hali, gdzie Zbigniew Boniek oraz kilku piłkarzy Widzewa gorąco dyskutowało z dziennikarzami i działaczami o tym, czy mecz zostanie dokończony. Nie pamiętam już, kto mi powiedział, że Włodzimierz Smolarek jest tuż obok, w hali, ale za kotarą. Poszedłem tam i zastałem pana Włodzimierza biegającego wokół hali. Był bardzo spięty. Nie odpowiadał na moje pytania. Dopiero kiedy pobiegłem z nim razem kilkadziesiąt metrów, miałem okazję przekazać prośbę o wywiad. Pan Włodzimierz zgodził się, ale postawił warunek, że wcześniej muszę zadzwonić do klubu i umówić się. Tak też następnego dnia zrobiłem.

Z ogromną tremą jechałem do Łodzi. Włodzimierz Smolarek już czekał na mnie w klubowej kawiarence. Pierwsze wrażenie było bardzo dobre, chociaż... Miły, skromny człowiek okazał się absolutną antygwiazdą. Niezbyt chętnie mówił o sobie, a największe emocje mojego rozmówcy wywołało pytanie o Jego wymuszoną grę w Legii Warszawa i pracę w stajni, przy koniach, za karę, że nie chciał grać w tym klubie. Żałował też niezmiernie, że wspomniany mecz z Juventusem został przerwany z powodu wybryku kibica. Mówił, że Widzew wygrałby ten mecz, gdyby nie fatalny rzut butelką w sędziego! Sam wywiad wspominam bardzo przyjemnie. Gorzej pracę nad nim. Dlaczego? Po kilkakrotnym odsłuchaniu nagrania okazało się, że pan Włodzimierz, delikatnie mówiąc, mówcą nie jest. Ma kłopoty z tworzeniem zdań złożonych, gubi sens, używa dla siebie tylko zrozumiałych skrótów myślowych. W kilku miejscach nie umiałem wręcz zrozumieć nagrania. Cóż, nie ukrywam, że wywiad napisałem w większości własnym językiem. Jakież było moje zdziwienie, kiedy podczas telefonicznej autoryzacji tekstu ze strony pana Włodzimierza nie padła praktycznie żadna uwaga. Uznał wywiad za dobry.

Ponownie spotkaliśmy się po bodaj dwudziestu sześciu latach w Uniejowie, gdzie Jego syn Euzebiusz miał wspólnie ze swoim serdecznym kolegą, Tomaszem Kuszczakiem z Manchester United, budować hotel. Pan Włodzimierz jakoś nie chciał o tym mówić. Język rozwiązał Mu się dopiero wtedy, kiedy zaczęliśmy rozmawiać o naszym wspólnym znajomym, Jarku Biernacie, niegdyś napastniku Pogoni Szczecin i Legii Warszawa, z którym pan Włodzimierz grał w Eintrachcie Frankfurt. Uśmiech na twarzy mojego rozmówcy wywołały zwłaszcza przypomniane wspomnienia Jarka o żelaznej wręcz kondycji pana Włodzimierza i o Jego nader koleżeńskim usposobieniu. Tamta rozmowa zakończyła się refleksyjnie, bowiem na pożegnanie powiedziałem zupełnie szczerze i z przekonaniem, że piłkarsko Ebiemu dużo jeszcze brakuje do ojca. Pan Włodzimierz odpowiedział wymijająco; że trzeba wierzyć w młodzież i że kiedyś, może już nie długo, polski futbol powróci do światowej czołówki. Nie podzielałem i nie podzielam tego zdania, chociaż... Młodzi mają się na kim wzorować. Takim wzorem był jest i pewnie jeszcze długo będzie Włodzimierz Smolarek. Bo tacy piłkarze godni są wiecznej pamięci!


LEK.

Połajania i uwagi przyjmuję: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież

Reklama

Najnowsze

Top 10 (ostatnie 30 dni)

Reklama

Zaloguj

Reklama

Ostatnie komentarze

Reklama

Z krainy dowcipu

dowcipyDupa nie czarodziej

Do baru wchodzi mężczyzna i zamawia setkę czystej. Z kieszeni wyciąga naparstek, odlewa do niego trochę wódeczki, a z drugiej kieszeni wyjmuje małego, kilkucentymetrowego ludzika. Stawia go na barze i podaje naparstek. Barman patrzy na to zdziwiony:
- Panie, skąd pan takiego krasnala wytrzasną?
- Wie pan, byliśmy razem z kolegą Staszkiem w Afryce. Idziemy tam przez dżungle, idziemy i nagle widzimy jak tubylcy tańczą dookoła ogniska. A w środku koła taki wymalowany na kolorowo wywija grzechotnikami. I jak ty mu wtedy, Stachu powiedziałeś? Że on jest dupa a nie czarodziej?!

Reklama

 

partnerzybar2

tubadzin150wartmilk150

 
 
stat4u